środa, 17 kwietnia 2013

Piotr Suchocki



               KSU






Moja przygoda zaczęła się ok.2000 r.Pierwsze nagrania KSU puścił mi Uri gdzieś na imprezie.
Zacząłem się tym interesować coraz bardziej wspólne koncerty,imprezki.Później pożyczyłem płytę LBT od Slayera posłuchałem i mnie wciągnęła ta muzyka, na studiach zakupiłem pierwsze cd i tak w mojej głowie zrodziła się myśl żeby skompletować najpierw całą dyskografie,później już nie miałem co kupować więc zacząłem szukać unikatów.

Lata poszukiwań na allegro,dopytywanie ludzi na forum itp,ktoś coś sprzedawał i pytałem czy nie ma jeszcze czegoś.Tak  udawało mi się wyłuskiwać coniektóre
kasety .



 



Kolekcja jest dość pokaźna ale nie bardzo mam czas na skompletowanie reszty tzn chciałbym mieć jeszcze jakieś 4 kasety ale narazie to niemożliwe. Siedziałem dzień w dzień i szukałem,dziś raczej  już nie sprawdzam allegro .Chyba w 2010 r byłem na konferencji prasowej w Radio Rzeszów na konferencji z KSU
tam zdobyłem autografy.Nie jestem jakimś tam typem co lata za podpisami.Była okazja stwierdziłem ze fajnie było by mieć na pierwszych wydaniach cd i kasetowych.Byłem chyba 3 razy na koncercie w Ustrzykach Dolnych ,w sierpniu każdego roku jest taki koncert miałem być tam na XXX leciu ale pogoda pokrzyżowała mi plany.Przełożyli koncert i nie dałem rady juz pojechać.


Z kolega z forum chcieliśmy nawet wydać bootleg bo rejestrowaliśmy koncert z konsolety w Harasiukach.
Za zgoda managerki chcieliśmy to wydać w niewielkim nakładzie i kasę przeznaczyć np. na WOŚP, ale plany runęły w gruzach hahaha. Chcieliśmy zainwestować swoje pieniądze chcieliśmy to rozprowadzić wśród fanów ,tak żeby zwróciły się nam koszty zainwestowane w to wydawnictwo ale nic z tego nie wyszło.  Podpięliśmy się pod konsoletę i kolega co tam się na tym zna zgrywał materiał koncertowy oczywiście za zgoda zespołu.
Byłem na kilkunastu koncertach KSU m in.spodek Punk Rock Later specjalnie na Woodstocku chyba w 2005 i wiele koncertów, Kraków chyba ostatnia Punkowa Orkiestra Świątecznej Pomocy
Rzeszów,Dębica Juwenalia Rzeszowskie swego czasu wszystkie okoliczne koncerty gdzieś na przełomie 2000/2003 r w Dębicy w Meduzie 2002/2003 zima później 2003-2007 r praktycznie każdy koncert w Rzeszowie mam praktycznie wszystkie bilety z



           


koncertów no i te jakieś 3 koncerty w Ustrzykach na forach KSU jestem zalogowany od bardzo dawna na tych nowych od samego początku udzielam się tam,poznałem kilka osób fajne czasy,fajni ludzie,świetna muzyka szkoda ze to się juz nie wróci inny świat,inne życie,inne KSU i w ogóle muzyka.

"...Ideały poszły w błoto rozmieniły się na złoto..."




                                    namiar na strone NASZE KSU

niedziela, 14 kwietnia 2013


Krzysztof Kędzior


Wieczór autorski

czyli- " ...nie pierdol o tremie, masz rozjebać temat!"  




A więc, będąc już na próbie, od godz.17.00, trząsłem się jak galareta ze strachu, tremy. Trema - wiadomo - "a może coś nie wyjdzie, a może będę źle czytał, a może się potknę, wyleje na siebie wodę z głównego zbiornika...":P i takie tam różne myśli. A strach? Że ludzie będą się śmiać z moich tekstów. Że nie potraktują mnie serio, pokpią sobie, popukają się w głowę, albo zwyczajnie zanudzą.

Od przyjaciela, który na ten wieczór przyleciał specjalnie z Włoch, dostałem wcześniej "lufę" ohydnego (dla mnie) bimbru, na pokonanie tremy i kilka sympatycznych"kurewek", typu "Kurwa, nie pierdol o tremie, masz rozjebać temat!" :)

        Uspokajała mnie również bardzo opanowana Glo. (administratorka portalu "ósmepietro", prowadząca wieczór, poetka z Warszawy), która ostatecznie chyba bardziej się denerwowała, niż ja :)
Na próbie czytałem swoje wiersze do mikrofonu, jak jakiś wystraszony gówniarz, który właśnie został przyłapany na gwałceniu kozy :) "Skaraniek"(Robert, wspomniany gość z Włoch) pokazał mi " jak się czyta te wiersze, żeby było jebnięcie", kilka razy koleżeńsko opieprzył za brak ekspresji. Potem jeszcze setka wina(dobreee!) i pierwsi goście.
Było około 20 - 25 osób. To dużo, zważywszy na zainteresowanie poezją w Dębicy, przynajmniej to oficjalne. Większość to znajomi, co oczywiście bardzo cieszy, wśród nich dwie osoby, na których obecności szczególnie mi zależało (powiedzmy, że "portalowy - dżem" :P ). Trema nie ustępowała aż do momentu, w którym uświadomiłem sobie że "dupę urwę, albo mi urwą", więc trzeba pokazać "klasę".
Czy się udało?
Nie mnie oceniać, ale zaproszeni goście twierdzą, że było bardzo dobrze. Jak Robert poinstruował mnie na próbie - krzyknąłem kiedy trzeba, pauzy robiłem, akcentowałem. Ale jeszcze jedna ciekawa rzecz. Zauważyłem, że ludzie, którzy mnie słuchali, traktowali mnie bardzo serio. Nie było znudzenia na ich twarzach, kpiny, "olania tematu". Wreszcie poczułem, że mogę mówić, że ktoś słucha i nawet, jeśli się nie zgodzi, jest przy mnie, mam jego wsparcie. Bo takie było założenie. By ten wieczór był pewnego rodzaju spowiedzią, podczas której zwierze się z swoich problemów, z których na co dzień nie mam komu się zwierzyć. Bym podzielił się swoim bólem, troskami, pokazał twarz rebela, który jest uzależniony od poczucia bezpieczeństwa w ramionach przyjaciół.
I z całego serca dziękuję wszystkim przybyłym. Daliście mi bardzo wiele, być może więcej, niż sami myślicie.
Swoją uwagę i chęć wysłuchania.


Wieczór w moim przekonaniu i według zebranych opinii przebiegł rewelacyjne. Sam czułem się świetnie. Nieskromnie to zabrzmi, może trochę "celebrycko", ale poczułem, że to jest to. Rozmowa z ludźmi, wieloma ludźmi, prowadzenie dialogu, współistnienie myśli, emocji, spojrzeń w swoja stronę. Dobrze się czuję w takich sytuacjach, mimo iż trema odpuszcza dopiero w ostatniej chwili.

Na miejscu, po wieczorku, można było zakupić tomiki moich wierszy. do pierwszych ośmiu administratorzy portalu "ósmepietro" dołączyli w gratisie rocznicową antologię portalu. Gruba książka pełna wierszy i prozy około 30 autorów publikujących na "ósmympietrze". Naprawdę, jest się w czym zaczytać(moje wiersze i proza też tam są).

Co do tematyki, celowo nie chce pisać o czym opowiadałem. Kto zechce, może przeczytać o tym w tomiku i nie jest to "zmuszanie" do kupowania, bo inaczej "figa z makiem", nic nie powiem. Po prostu najlepiej wyrażam siebie poprzez poezję i po przeczytaniu czytelnik sam odkryje drugą stronę rebela :)


To chyba tyle.
Dziękuję organizatorowi, Panu Ireneuszowi Sosze, za zaproszenie i pomoc w przygotowaniu wieczoru. Dziękuję Panu akustykowi, wszystkim pozostałym ludziom obsługującym wieczór od strony technicznej.
Robertowi i Emilce, że z tak daleka przyjechali specjalnie dla mnie.
Wszystkim, którzy przyszli na mój, właściwie można powiedzieć "nasz wspólny" wieczór.
Oczywiście wydawcy "Miniatury", bo to on pierwszy dał mi szanse "zaistnienia".
Jeśli kogoś pominąłem, przepraszam.
Było meeega!!
I tradycyjnie - widzimy się w "Rio" na łojeniu browców, "które przecież ktoś wypić musi!".
Blessior!
                                                                                                                     Krzysztof Kędzior



          ........


Zorganizowałem wieczór autorski Krzysztofa Kędziora, gdyż – podejrzewam – żadna instytucja w mieście by tego nie zrobiła. Dębica ma bowiem swoich oficjalnych poetów, a Krzysztof do nich (jeszcze) nie należy. A zwłaszcza dlatego, iż od dawna chciałem zrobić taką imprezę. I zrobiłem ją dokładnie tak, jak chciałem. Moim zadaniem było ukazanie człowieka takim, jaki jest: bez upiększania i demonizowania, bez formatowania i cenzurowania. Chciałem mu pomóc się pokazać jako poeta w lokalnym światku, gdzie miał do tej pory inną „gębę“. Pragnąłem ukazać wybijającą się postać z miejscowego środowiska, która - w moim odczuciu - jest znacząca dla swojej grupy pokoleniowej i subkulturowej. I ukazać ją w momencie szczególnym, kiedy do głosu dochodzą radykalizmy polityczne i społeczne, i kiedy niektórzy przedstawiciele pokolenia rockowych buntowników zaczęli tanio sprzedawać swoją kontrkulturową przeszłość.

IRENEUSZ SOCHA




Generalnie, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, nie spodziewałem się że będzie aż tak ciekawie, szczerze to miałem momentem nawet ciary na plecach. Jak większość nie znałem Rebela od tej strony, w ogóle znamy się praktycznie tyle co czasem przy piwku pogadamy, więc nie mi oceniać. Ale najbardziej zaskoczony jestem tym, że jako wielki wróg interpretacji własnej wierszy, do czego niestety jestem zmuszany w szkole ( bardziej na zasadzie zinterpretuj co CKE miało na myśli), nagle okazało się że jego wiersze sa dla mnie banalne w interpretacji, jednak tylko wówczas gdy on je czyta, ponieważ gdy sam je w domowym zaciszu czytałem były dziwne, wręcz trudne do zrozumienia. Akcje popieram jak najbardziej, niestety nie jestem dobrym recenzentem, wole raczej być milczacym obserwatorem.  Janusz Magdoń






sobota, 13 kwietnia 2013




     WSKPUNK


Zespół WSKPUNK(Wyprawiona Skóra Królika ) powstał 1985r założycielami byli Norbert Krupa i Tomasz Kupis od początku było wiadomo ze zespół będzie grać punkową muzykę do 1989 zespół czynnie grał wiele koncertów w składzie Norbert K gitara voc Tomasz Kupis voc Piotrek Markiewicz git bas Mariusz Lenk perkusja 1987 na perkusji Mariusza zastąpił Paweł Sierka z zespołu INQUBATOR 1989 do 1991 była przerwa ponownie zespół ruszył z koncertami w nowym składzie Norbert Krupa git voc .Tomasz Dudarewicz git bas Krzysiek Zgraja perkusja 1992r nagrywając jednocześnie kasetę zatytułowana ZABRANIA SIĘ ZABRANIAĆ                                                                                                                                                            
 


Do roku 1996 zespół miał okazje zagrac wspólnie z takimi zespołami jak Remont ,REBEL YOUNG, WŁOCHATY , PSY WOJNY, BLADE LOKI, HURT ,KLINIKA NONSENS ,STAN OSKARŻENIA .PONOWNIE ZMIENIŁ SIĘ SKŁAD ZESPOŁU W 1996 r Norbert Krupa git voc, Grzesiek Zeń git bas Maciek Koralewski perkusja grupa WSK w nowym składzie i nowymi utworami zaczęła ponownie koncertować w 1997 r nagrano płytę pt WARIOBRACJA 1998r do zespołu dołączyła Agata Polic voc z Agatą zespół zagrał dwa koncert w tym jeden wyjazdowy ostatni koncert zespółu odbył sie w maju 1998r na wyspie słodowej we Wrocławiu po 14 latach przerwy Norbert Krupa reaktywował zespół w nowej odsłonie pod nazwa WSKPUNK w składzie Kamila Krupa (Owad) voc , Norbert Krupa gitara voc , Olaf Machander git bas Piotrek Kucharski Perkusja.





4 stycznia 2013r. WSKPUNK zagrał pierwszy swój koncert we Wrocławiu grając stare i nowe utwory
ostatnie koncerty zespół zagrał z GPR ,Terra,Happy Bones,na dzień dzisiejszy publika nam dopisuje i na naszych koncertach ludzie dobrze się bawią

Kamila Krupa-voc

Norbert Krupa-git, voc

Olaf Machander -git bas

Piotrek Kucharski -drum

http://www.wskpunk.pl/ 
https://www.facebook.com/wskpunkA 
http://www.youtube.com/watch?v=O1BbRhDTtZM





       The Sabała Bacała





Pochodzący z Rzeszowa punk-rockowcy z The Sabała Bacała pierwszy koncert zagrali w maju 2001 roku. Nękani rozlicznymi przerwami w działalności zabrali się za dobre do grania dopiero osiem lat później.

Do tej pory na koncie mają dwie płyty demo, obecność na składance Ściana Wschodnia napad vol. 1 i kilkadziesiąt koncertów zagranych u boku takich grup jak CF98, Koniec Świata, Cela Nr 3, Blade Loki, The Bill, The Analogs, Wasted, Monstrum, The Dreadnoughts, Upside Down, Prząśniczki, Eye For An Eye, Smola A Hrusky, Plush Fish i wielu, wielu innych.
Obecnie The Sabała Bacała to jeden z najczęściej koncertujących zespołów punk rockowych z Podkarpacia.
Muzyka The Sabała Bacała to melodyjny punk-rock z dużym naciskiem na nowoczesne gitarowe granie.
Muzycy The Sabała Bacała udzielali się także w takich zespołach jak Ustęp Babciu Miejsca, Mirabelki W.T.R.N.O. czy Emeriten Kommando.




Aktualny skład (od 2003 roku):
Sylwester - gitara, wokal, kazoo, teksty
Panek - perkusja
Boohay - bas
Toster - gitara, II wokal


Płyta The Sabała Bacała coraz bliżej

Premiera płyty „W końcu” rzeszowskich punk rockowców z The Sabała Bacała zbliża się wielkimi krokami. Zespół kończy pracę nad okładką, a już teraz ujawnia szczegóły pierwszego w dyskografii grupy albumu.
– Tytuł „W końcu” doskonale oddaje to, co przez lata działo się w The Sabała Bacała – wyjaśnia Sylwester, gitarzysta i wokalista zespołu – W końcu nagraliśmy coś więcej niż demo i w końcu nasza płyta zostanie wydana. Pierwszy koncert zagraliśmy w 2001 roku, ale nigdy nie było czasu, chęci i możliwości, żeby coś nagrać i wydać, aby każdy, kto chce                                                                            mógł mieć płytę The Sabała Bacała w swojej kolekcji.

„W końcu” to 30 minut melodyjnego punk-rockowego grania na luzie, bez kompleksów oraz z dość nietypowymi jak na punkowe standardy tekstami. Niektóre utwory, które znalazły się na płycie, część fanów grupy zna z koncertów i demówek The Sabała Bacała, ale na płycie w końcu zostały nagrane w studyjnej jakości i w nowych aranżacjach. Nie obyło się też bez premierowych piosenek, jak promujący płytę „Pozytywny przekaz”, do którego powstanie pierwszy w historii zespołu teledysk.
Premiera płyty przewidziana jest na maj 2013 roku. The Sabała Bacała będzie promowała „W końcu” na festiwalach HCP Festival i Rock Nad Sanem, a na jesień planowane są koncerty klubowe. Wszystkie bieżące informacje odnośnie koncertów i nadchodzącej premiery można znaleźć na stronach zespołu: www.sabalabacala.band.pl, www.facebook.com/thesabalabacala.



Tracklista:
1. BFF
2. Jak zarobić pierwszy milion
3. Pozytywny przekaz
4. Sobota
5. Manifest
6. Nie mów że to deszcz
7. Muszelka
8. Płonie gandzia
9. Wyborcza
10. Ocalić od zapomnienia

środa, 10 kwietnia 2013


                                                    




      Face Of Hate 





Zespół Face Of Hate powstał we wrześniu 2009 roku. Początki tego projektu sięgają jednak 2006 roku. Członkowie ówczesnego Helionu: Michał Konefał, Jakub Konefał i Piotr Wójciak po zakończeniu pracy we wcześniej wspomnianym zespole, po prawie rocznej przerwie i poszukiwaniach nawiązali współpracę z perkusistą - Krzysztofem Maślanką, który wcześniej udzielał się w formacji War Zone. Pierwsze pomysły riffów, które zostały stworzone jeszcze przed powołaniem FoH pomału zostawały przerabiane w utwory. Początkiem 2010 roku zostały zarejestrowane dwa utwory „Victim” i „The Kingdom”, które można było usłyszeć na profilu zespołu w serwisie MySpace. Pierwszy koncert formacji odbył się w kwietniu 2010 roku w Pilźnie w Pubie Atmosfera. Następnie zespół wybrał się na koncert do Tarnowa i zagrał w rodzinnej Dębicy z innymi miejscowymi zespołami takimi jak Illuminandi i Rumor. Końcem czerwca FoH postanowił wrócić do studia znajdującego się w DK „Mors” i nagrać kolejne autorskie utwory, mianowicie „Fanatic” i „Obsession”.




Powstało amatorskie demko, które powstało w warunkach domowych i można było zakupić je na koncertach, których w całym podkarpaciu i nie tylko zespół zagrał, jak na tak krótki okres działania, dość sporo. W sierpniu 2012 roku FoH wkroczył do studia „Roslyn”, aby zarejestrować 5-cio utworowe, profesjonalne EP - „The Darkest Hour”. Znalazły się na nim utwory: „The Darkest Hour”, „Victim”, „Let Me Die”, „The Killing Machine” oraz „Fanatic”. Cała EP-ka dostępna jest na profilu MySpace'owym: www.myspace.com/faceofhateband. Końcem listopada 2012 roku z zespołu odszedł perkusista – Krzysiek, który z powodów osobistych nie mógł kontynuować współpracy. Na jego miejsce wkroczył Bartek Kliś i dodatkowo zespół „dorobił” się w tym samym czasie drugiego gitarzysty – Krzysztofa Brauna.


Zespół Face Of Hate w swojej muzyce łączy różne podgatunki metalu, co w pełni oddaje ukryte w tekstach poglądy na temat otaczającego nas świata, który według muzyków jest pełen nienawiści oraz zła i niestety nikt nie jest w stanie tego zmienić.

FoH cały czas dąży do nagrania LP i stara się koncertować gdy tylko nadarza się okazja praktycznie wszędzie gdzie tylko można. Cały czas tworzymy materiał i czekamy na różne propozycje koncertowe, ogólnie jesteśmy otwarci na współpracę z innymi zespołami i organizatorami koncertów.

                                                                                                                                                                                                                 KONTAKT Z ZESPOŁEM
     





wtorek, 9 kwietnia 2013



Medytacje Wrzoścowe fragmenty-Mieszko Rybiński


Szanowny Redaktorze. Cześć i witam serdecznie.
Odpowiadając na Twą odezwę do narodu, w której apelujesz o "powrót do przeszłości pokolenia 80-90. Mogę się dołożyć fragmentem "Medytacji wrzoścowych"



Dwudziesty pierwszy listopada


Załzawione wspominanie tamtych PRL-u dni ostatecznych. Nieczęsto miewam takie tęsknoty a jeśli już to po pijanemu i z żalu za młodością, która się wyślizgnęła. Czas lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, czyli czas dni ostatnich ancien regime, był okropnym do wyrzygania i śmierdział jarzębiakiem, farbą olejną w obowiązkowym kolorze ekskrementów, cuchnął wreszcie pełnymi popielniczkami petów.
Pomijając żale po nieboszczce mej młodości, wszak nie mają one nic wspólnego ze zdechniętym systemem, szybciej ze wstydliwą konstatacja, uświadomienie sobie uświadomionej konieczności niechybnego zejścia, obudzeniem się do śmierci i akceptacją przewidywalnego końca skoro wiadomo już, że życie mało ma wspólnego z wiecznością.

Pomijając te żale za miastem młodości, miastem z amputowaną przeszłością, którego nie widziałem już od trzynastu lat a taki dystans nie czyni wspomnień szlachetniejszymi, jeśli dekoracje są tandetne. Pomijając i to wreszcie, że wówczas bez zadyszki doganiałem autobus na przystanku nie tęsknię za PRL. Nie tęsknię i nie wzdycham, nie kupuję na internetowych aukcjach „społemowskich” talerzy, papierosów marki „Wczasowe” i innych śmieci. Staram się palić dobry tytoń w średniej klasy fajce, bo pożądam solidności. Nie tęsknię i nie odnajduje we wspomnieniach z mych młodych lat w Szczecinie, jakichkolwiek śladów zadziwienia, monumentalnymi resztkami po pruskim mieście. Były pod nogami, jako studzienki kanalizacyjne opisane językiem Kleista i nad głowami, jako ornamenty kamienic. Pruski, wilhelmiński, hitlerowski, haussmannowski, niemiecki już nie detal czy ornament, ale kamienic kwartał, gmach potężny powiedzmy z cegły czerwonej żeby bardziej bolało neogotycki, zatrzymywał na mgnienie, ale bez refleksji. Raczej zyskanie niźli odzyskanie.
Nikomu nie przyszło do głowy byśmy przysięgali na krew piastowską pomorskich książąt dawno już bezpiecznie w sarkofagach leżących, nie niepokojonych już przez sowieckich wojaków, których wnukowie stacjonowali nieopodal. Mieliśmy się czuć bezpiecznie za sprawą kupy śmiercionośnego żelastwa, zgromadzonego w naszym mieście i jego bliższych okolicach a obsługiwanego przez sympatycznych chłopaków z Tuły, Tyflisu i Wołogdy. Nie czułem się bezpiecznie a ten dyskomfort zawdzięczałem właśnie sympatycznym chłopcom z Tyflisu, Tuły, Jakucka czy Permu i im stalowym gadżetom. Ciągnęło ich do handlu na skutek, czego maski przeciwgazowe, peleryny przeciwdeszczowe i oficerki oficerom kradzione wymieniali chłopcy z Permu, Ojmiakonu i Ałatyru wymieniali u nas na koszule sztruksowe upstrzone kolorowymi naszywkami, portfele plastikowe z trójwymiarową fotografią gejszy na awersie, kurtki jeansowe „marmurkowe”.

Szczecin prócz radości palenia pierwszej fajki podarował mi wiele wzruszeń a zwłaszcza szum drzew w miejskich parkach. Określenie tego dźwięku mianem szumu jest nieadekwatne wobec stanu metafizycznego drżenia, jakie ów we mnie wywoływał.
Szczecin nie popadał był w skrajności, delikatnie zacieniony jak przystało miastu kresowemu, skupiony na sobie, ale i tęsknie zapatrzony na Warszawy, na Krakowy, na Poznanie i na Gdański. Kompleks pruskiego miasta prowincjonalnego, nazbyt blisko Berlina posadowionego, dręczył moje miasto i jego dwa świeże pokolenia. Na afektacje wobec Żydów lud szczeciński nie tracił energii. Antysemityzmem zaraziłem się raz jeden i pozostałem antysemitą przez dwie godziny, a złapałem to od nauczycielki języka polskiego.
O spisku żydowskim, o niecnym planie unicestwienia bladolicych chrześćjan i o rozmaitych maskach, używanych przez międzynarodowe żydostwo już od tysięcy lat, opowiadała barwnie i przekonująco. Trocki z Leninem w jednej kawiarni z baronem Rothschildem , Alfredem Dreyfusem i Albertem Einsteinem, zastanawiają się jak by tu, pognębić jeszcze mocniej bezgrzeszne niewiniątka z wiarą i uśmiechem pasące się na łące rzymskokatolickiego Kościoła gdzieś tam powiedzmy w Portugalii. Trocki proponuje wszechświatową rewolucję, Einstein reakcję łańcuchową, Freud psychoanalizę, Rothschild kryzys lat trzydziestych, Proust nowoczesną powieść, Schonberg muzykę dwunastotonową. Wszystkim tym żydowskim spiskowcom, trucicielom studzien i mordercom dzieci przygrywa na fortepianie Artur Rubinstein. Po dziś dzień antysemityzm kojarzy mi się z odorem potu a to za sprawą wspomnianej nauczycielki. Antysemityzm jest czymś, co się wydziela z człowieka.


Tamto jej pocenie się, było dla mnie czternastoletniego schludnego chłopaka nie do zaakceptowania wprost nie do zniesienia. Nie mając jakichkolwiek doświadczeń seksualnych z płcią niewieścią, umieszczałem kobiety między aniołami a te się nie pocą do cholery! Pani Ł. swoje antysemickie tyrady odkrztuszała pośród oparów swej nijakiej cielesności. Mój antysemityzm tlił się jeszcze ze trzy kwadranse a gdym wrócił do domu i gdym rozpoczął na półkach ojcowskiej biblioteki, poszukiwanie literatury fachowej, przy pomocy, której pragnąłem poznać wrogów swoich, począł się przeistaczać w coś czego nie pragnąłem ani się spodziewałem pragnąć. Zaciekawienie, fascynacja, akceptacja, zatracenie się, współodczuwanie albo jak to nazwała Edith Stein „uczucie wczucia”. Z antysemity zamieniłem się w filosemitę, wreszcie używając terminologii sandaurowskiej w alosemitę i trwało to latami. Kilkakroć udatnie podszyłem się pod Żyda by się uatrakcyjnić w oczach bliźnich. Bycie Żydem, nawet Żydem farbowanym w Szczecinie lat mej młodości, nie było zajęciem niebezpiecznym.
Bywa, że nachodzą mnie cierpliwe wspomnienia z tamtego minionego. W nich to rolę magdalenki spełnia czerwone wytrawne wino bułgarskie. Gdy wspomnienie słoneczne to węgierskie zastępuje bułgarskie. Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, istnieją we mnie reminiscencjami smaków i zapachów. Odfajkowałem je tytoniem „Amphora full aroma”. Lata ostatnie „ancien regimeau” są w wytrawnej krwi niedźwiedziej, są w byczej posoce. Cierpkie garbniki demoludzkich win, owiewał na powierzchni mego jęzora dym z holenderskiego tytoniu. Wina degustowaliśmy w kawiarni „Leontopodium”, sala biesiadna była pod ziemią w czasie konsumpcji widok za oknem nikogo z dyskutantów i degustatorów nie rozpraszał, bo okna ani chociaż okienka nie występowały na wyposażeniu. Lufcikami stóżeczki drobnego światła, zmieszane z drobinkami kurzu, sypały się na podłogę. Ciężkie, solidne ławy drewniane, oblepione gówniażerią opitą wińskiem, osmaloną dymem i zakochaną w swej witalności cierpliwie znosiły ciężary wypowiadanych banałów. Ławy każda pośrodku boksu z sosnowych desek, podobnie jak owe boksy pomalowano bezbarwnym połyskiem ftalowego lakieru. „Ancien regime” upodobał sobie szczególnie farby olejne i bezbarwne acz wysoce połyskliwe lakiery. Podstępny Lakier ftalowy opanował podstępem także i ściany.


Ściany „Leontopodium” w zamierzeniu twórcy i sprawcy, miały za przyczyną mocy jego artyzmu przeistoczyć się w mozaikę niewyobrażalnego kształtu i autoramentu. Kształtu niewyobrażalnego były kamyczki i kamienie (w rezultacie zwyczajne polne otoczaki) a autoramentu nieznanego artystyczne kompetencje twórcy i sprawcy. Naścienna konstelacja kamyczków, ułomków, cementowych placków, fajansowych skorupek i metalowych nakrętek zakonserwowana została według wszelkich zasad socjalistycznego rozumu praktycznego... lakierem jak najbardziej ftalowym. Kamienie mozaiki pomysłu artysty bezimiennego, skrzyły się tandetą, lakieru ftalowego jak by napisał, poeta też niedoceniony Kapitan Liebiadkin.
„Leontopodium” prócz estetycznej mizerii oferowało niedosyt i brak. Podobnie jak otworów okiennych, elektrycznego doświetlenia (właściciel oszczędzał na mocy żarówek a i na żarówkach samych), pożywnej kuchni i kieliszków do wina, nie było także muzycznej oprawy dla tego kameralnego przedsięwzięcia. Szafa grająca psuła się systematycznie i niezawodnie. Siedzieliśmy tedy nad szklankami wytrawnej bułgarskiej kwasicy a cisza rozgrywała się wokół. Wino bułgarskie zaprawione sarkazmem naszych pogwarek, cynizmem naszych odzywek, surrealizmem tego co wokół i introwertyzmem naszych bachanaliów, rozmrażało czas. Z czerwonym wytrawnym w dłoniach, sami ze sobą, we własnym gronie i na siebie skazani, promienieliśmy szczęściem, szczęścia naszego nieświadomi.
Mu urodzeni w latach sześćdziesiątych, nieczęsto popadamy w zidiocenie, stronimy od sprawowania władz. Świat się nam jawi, najczęściej jako tragedia nie do naprawienia, tragedia nawet wówczas, gdy ją Bóg umodeluje na obraz i podobieństwo wsiowego jarmarku.


My pamiętamy że gdy się jarmark kończy, to trzeba znieść ze sceny zwłoki Pietruszki, Arlekina, Papagena bądź Palacha Jana. Smak wyrobiony na kosztowaniu coraz to kwaśniejszego wina, rzadko nas zawodzi. Wcześniejsze od naszego pokolenia padły ofiarą gorzały mateczki kochanej, co poniewiera duszą delikwenta po poczekalniach dworcowych i zajezdniach tramwajowych. Wóda uduchawia delikwenta, czyni go wrażliwym na niesprawiedliwość społeczną i przydaje odwagi. „Ancien regime” troskliwą swą uwagę poświęcał spożyciu alkoholi wysoko procentowych. Regulował tedy i reglamentował, czuły system ucisku, podwójne stany świadomości, „pełnoletnich rodaków i rodaczek”. Norma kartkowa równająca się dopuszczalnej miarze alkoholu, wlewanej w gardło miesięcznie, niepodważalna jak wzór metra i kilograma w gablocie, miała obywatela uchronić przed nieprzytomnością.
 
                                                                                                             



Mieszko Rybiński-,,,,,,,NAMIARY



Zdjęcia zamieszczone na tej stronie są autorstwa AgaSi.
Więcej zdjęć jej autorstwa-

ZNAJDZIESZ TU

niedziela, 7 kwietnia 2013



                                                                                 Aga Si 

          Zatrzymane w czasie




Witam serdecznie,

Chciałabym z Wami podzielić się swoją pasją. Jest nią „obraz” rozumiany na dwa sposoby: obraz malowany i rysowany oraz obraz fotografowany.
Pierwsze było malowanie i rysowanie. Już od dziecka lubiłam to robić i doskonaliłam się w tej dziedzinie. Jednak zawsze i wciąż jest to hobby, czyli czynność wykonywana dla relaksu w czasie wolnym od obowiązków.
Następnie zainteresowałam się fotografią. Aparat towarzyszył mi właściwie odkąd pamiętam, ale tak naprawdę wkręciłam się w temat od czasów wkroczenia w fotografię cyfrową. Możliwość natychmiastowego ujrzenia efektu daje mi tą prawdziwą satysfakcję.
Dlaczego to robię … dla relaksu, dla przyjemności, dla satysfakcji. Staram się odwzorować piękną rzeczywistość dodając szczyptę nastroju i kropelkę emocji.
Zachęcam do oglądania moich galerii na portalu Świat Obrazu oraz na Facebook’u oraz czekam na konstruktywną krytykę i opinie

Pozdrawiam
                                                                                                                          Aga Si











Ach te zachody
















                                                      Kompozycja
















Czar zachodzącego słońca















                                 Winorośl























Up, up in the sky


















                   Kazimierskie ruiny

















Tajemnica



















                  Mach :)















Nadmorskie zachody           słońca















               Słowackie zamczysko














Nie z tej ziemi















                     Zimowe promyki

                                  
                                                                      





Chlust    






   





                                                                                               Świecidełka












                               Mój portret
     
















Więcej moich zdjęć                                                                                                   Kontakt