poniedziałek, 20 maja 2019

Danuta Gmur (Nutka) - W STRONĘ SŁOŃCA ...








Danuta Gmur (Nutka)

W STRONĘ SŁOŃCA ...






Jeszcze chwila słońca

Jeszcze chwila słońca
w domu
serduszka
do swojego gniazda odjeżdżają...
można by zapytać
dlaczego dzieci muszą
wędrować jak ptaki ...
kochają
wiem
ale czasami to za mało
gdy odległość gniazd
taka duża...
jesień posmutniała
do wiosny się przywiązała
i będzie tęsknić
do następnego
przylotu ptaszyn
One zawsze
chociaż na chwilę wracają
szukając potwierdzenia
miłości dopóki jesteśmy…
by rozjaśnić miłością
i chwilą słońca wspólnie dni



Miłością gumuj smutki ...

Miłością gumuj smutki
twój świat maleńki
niech radością robi dniom pobudki
radością maluje sny
to my
odpowiadamy za każdy nowy dzień
za jego cień
i przebłyski słońca
za uśmiech kwiatów bez końca
za wspólne szczęśliwe dni bez łez
dajmy kres
pochmurnym dniom
bądźmy na ty
z miłością
ona zawsze jest radością
gdy szczera serca otula i otwiera na świat ...



Moje oczy

Moje oczy nie jedno widziały
moje oczy czasami płakały
gdy smutki duszę szarpały ...
Moje oczy
uśmiechać też się umiały
gdy były szczęśliwe i kochały
w jesieni życia
moje oczy błękit swój straciły
życia trudności je odbarwiły ...
lat i trudności przybyło
tak wiele się zdarzyło
wspomnienie wczoraj odżyło
łzę błękitne uroniły oczy
życie za szybko się toczy
nie zawsze chwile przewidziane
nie zawsze te zaplanowane
bólem i ciosem losu pisane...

różne karty życia radości i smutki
idą w parze w różnym rozmiarze
Moje oczy gdy szczęściem płakały
radośnie się wtedy uśmiechały
Dzisiaj jesień zapukała
oczom tę radość zabrała
posmutniały niebieskie oczy
smutek jesieni w nie wkroczył
pytając co będzie tyle tęsknoty wszędzie
smutki robią częste pobudki...
Nadzieja szepcze
trzeba nam radość jeszcze zaprosić
by oczy błękitem szczęścia zrosić
Miłość posmutniała w jesieni kocham.
też usłyszeć by jeszcze chciała...
Moje jesienne myśli i oczy jutro
tak jutro dzień zapewne je znów zauroczy
z dobrą nadzieją i marzeniami
zobaczę się w lustrze z błękitami ...



Niebo dla wszystkich jest takie samo

Dobrym człowiekiem być
To sztuka
Dobrym człowiekiem być
To wieczna nauka
Dobrym człowiekiem być
To zauważać drugiego
Nie tylko siebie samego
Dobrym człowiekiem być
To umieć kochać i pomagać
Nie tylko nauczać i wymagać
Dobrym człowiekiem być
To kochać siebie samego
Łatwiej zrozumieć wtedy
Obok człowieka drugiego
Dobrym człowiekiem być
Nie pytać z jakiej racji …
Wyciągnięta dłoń
Oznacza szacunek
Bez zbędnych owacji
Dobrym człowiekiem być
Widzieć też innych poczynania
Wielu ma cenne wartości
Światu do przekazania
Dobrym człowiekiem być
iść do jutra z innymi
aniołami skromnymi

Dobrym człowiekiem być
podnosić słabszym skrzydła
do lotu
bez potrzeby odwrotu
Dobrym człowiekiem być
to być pomocnym aniołem
bo
każdy z nas ma tą samą rolę
kochać
niebo jest dla wszystkich
takie samo…



Otaczając się kwiatami

Otaczając się kwiatami
dzień uśmiechem
pocałunkiem miłości witamy
nasze myśli uśmiechają się jak
kwiaty
świat bogaty bo są z nami te piękne cuda
kwiaty
są takie delikatne kochane ciepłem
malowane i pięknem natury
Smutny byłby świat i my gdyby nie ten cudu
kwiat
dzięki tym cudeńkom świat piękniejszy
i ci co piękno to widzą
Rozsiane po świecie to piękne
kwiecie koi ból dając uśmiechnięte szczęście
serca wypełniają się miłością a dusza radością
cudownie pisana chwila dnia roześmiana kwiatami
niech trwa
Kocham wciąż kwiaty i ja uśmiecham się
ze szczęścia biegnie po policzku łza
wciąż się nimi delektuję i otaczam
a gdy je dostaję smutkom wybaczam …



Pokochaj

Moje przemyślenia kieruję
w stronę serca
wiem że ono jest skarbnicą miłości
tylko
pytanie się nasuwa
dlaczego
tak bardzo zło przykuwa
ludzi którzy też mają serca
bo przecież bez niego
nie da się żyć...
tylko miłość może zmienić
jego wartość
może nie wszyscy wiedzą
jaka jest pochodna miłości
ile w niej ciepła i cierpliwości
ile pokory
by
drugi człowiek potrafił pokochać ...
pokochaj
z miłością życie piękniejsze
i łatwiej dobrem pokonać trudności
które są częścią życia każdego z nas
a dzień co dzień
daje nam nowe możliwości
do radości wspólnej...
pokochaj życie
i jego wartości dobra
pokochaj ...



Księgi

Nasze księgi często milczeniem zapisane,
białe pismo na białym papierze
nie do odczytania
dlatego pewnie biegniemy bez opamiętania
do przodu...
sami dla siebie winniśmy być
ostrzeżeniem
by nie szafować niczyim mieniem ...
wyjście z labiryntu nieprzemyślanych
kroków nie jest proste
stawia wartości życia z boku ...
zapiszmy nasze wspomnienia wyraźnym
czytelnym pismem jako upomnienia
i poprawki dla nowego jutra
ze słońcem nadziei ...


środa, 24 kwietnia 2019

H & H







H & H



H & H powstał w 2003 roku w Talca w Chile,
 pierwotnie zespół nazwano"heaven and hell"  , ale po ponownym połączeniu Black Sabbath i Ronnie James Dio, które nazwano „Heaven and Hell”, nazwa została skrócona do H & H. 
W 2007 roku nagrali swoją pierwszą EP-kę „Rising from the flames of hell” i zaczęli koncertować po całym kraju. 








Później w 2012 roku wydali swój pierwszy album „Unbreakable will”, który zawierał 9 utworów pełnych heavy metalu. 
Wreszcie w 2017 roku ukazał się album „Resilience”, 
który został bardzo dobrze przyjęty .
 Oba ich albumy odzwierciedlają chęć tworzenia muzyki wbrew szansom w kraju na końcu świata, cała ich muzyka została wyprodukowana samodzielnie jak przez większość zespołów w Chile.


  

skład -


Aldo Nuñez - gitara

Nelson Gonzalez - gitara

Matias Gonzalez - Perkusja

Jaime Calderon - Bass

Camilo Jara - Wokale








Rising from the flames of hell (2007)


Unbrekable will (2012)


Resilience (2017)








wtorek, 23 kwietnia 2019

Okrütnik













Okrütnik



Okrütnik - Styl zespołu kreowany jest na nawiązujący do lat 80 i 90 klasyczny black metal z wpływami muzyki thrash metalowej i death metalowej.

Pod koniec 2018 ogłoszono trasę "The Last Warrior Tour" zespołu Turbo z okazji XXXlecia ukazania się albumu "Ostatni Wojownik", na której supportem został Okrütnik. 








Wspólnie z początkiem trasy ukazało się debiutancka ep'ka zespołu zawierająca utwory takie jak: Sabat, Legion, Noc galicyjska.

27.04.2019 - zespół zaplanował premierę singla, ballady "Portret trumienny, a na grobach kwiaty".








skład-

Wokal - Michał Dryjański

Gitara - Eryk Kula

Gitara - Piotr Majchrowicz

Bass - Szymon Garbarczyk

Perkusja - Grzegorz Drygas












poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Abysal







Abysal



Podobnie jak większość zespołów powstałych pod koniec lat 90-tych,
Abysal powstał w piwnicy w styczniu 1998 roku, w samym centrum Polski / Włocławku przez trzech fanów death metalu, Artur " Młody" Ostrowski, Łukasz "Marad" Kołodziejczak, Arkadiusz "Qla" Kulesza, marzących o zostaniu kolejnymi inkarnacjami Vadera.
Niedługo potem dołączył do zespołu Wojciech "Zadym" Kurzawa i określił go na nadchodzące lata.
Jesienią Abysal nagrał swoją pierwsze demo "Primal Chaos", w RH Studio, który później został wydany przez lokalną wytwórnię "Marfix" na historycznych juz dzisiaj kasetach.








Niedługo potem zespół rozpoczął trasę promującą pierwsze demo "Primal Chaos". Abysal miał rzadką okazję stanąć na tej samej scenie z wieloma niesamowitymi zespołami, takimi jak Vader, Yattering, Domain, Esqarial, Supreme Lord, Black Thorn, Damnable, Dead Infection, Toxic Bonkers, Parricide, Darzamat, Pungent Stench przez cały 1998 - 2001 Do jesieni 2002 roku wydała drugie demo "Theory of Hate" tym razem na nowoczesnym nośniku CD,

po trasie 2003 z Dead Infection & Toxic Bonkers, także latem 2004 roku na festiwalu "Metal Heads Mission" na Ukrainie. Pod koniec 2004 roku zespół powrócił do słynnego studyjnego albumu Hertz Studio, który niestety nigdy nie został wydany. Rok ten był wyjątkowo burzliwy dla zespołu, z problemami kadrowymi i wielokrotnymi wyjazdami, co doprowadziło w końcu do rozwiązania zespołu, w 2005 roku.








Po 10 długich latach Młody i Marad z nowym wokalistą Marcinem  "Masa" Kaźmierskim  reaktywowali zespół, i wydali własnym sumptem nowy materiał o nazwie "Theogony".




paweł [zało] załęski - perkusja
mateusz [matt] sibila - wokale
artur [dem] ostrowski - gitara
łukasz [marad] kołodziejczak - gitara

Terrordome powrócił w nowym składzie!








Terrordome 

powrócił w nowym składzie!


Miejsce perkusisty w Terrordome objął Venator, natomiast basisty – Simon. 
Obecnie zespół przygotowuje nową płytę oraz ma zaplanowane występy na kilku festiwalach. Zespół pojawi się między innymi na Defense Festival w Krakowie, 
a następnie na festiwalach w Czechach i na Słowacji.






Dodatkowo zespół uruchomił swój oficjalny sklep pod adresem: 

https://store.terrordome.net




niedziela, 24 marca 2019

Monolog o psie rodem z windy. - Anna Dalia Słowińska






Anna Dalia Słowińska
 ·

Monolog o psie rodem z windy.




Od kilku dni mieszkam w bloku tzw. ful wypas, na czwartym piętrze. Winda już od garażu, domofon i takie tam inne. Sąsiedzi też póki co nie zaleźli za skórę, a pomogli wnosić do windy a i do domu pudła i nie tylko. Szybko się ogarnę, pomyślałam zadowolona i zabrałam się za porządki. Zdążyłam rozpakować kilka pudeł, ułożyć zawartość w odpowiednich miejscach, gdy usłyszałam w domofonie chłopięcy falsecik.
– Bardzo proszę odblokować windę. Wystarczy tylko nacisnąć… Nie mogę jej uruchomić. Stoi na czwartym...
– Ja też nie wiem, czy mi się uda, może trzeba mechanika… – zasugerowałam grzecznie.
– Ale niech pani chociaż spróbuje.


No dobrze, pomyślałam. Nic to nie szkodzi spróbować. A nóż się uda. Winda w końcu blisko. A muszę podkreślić, że jestem bardzo uczynną osobą. Wyszłam i skierowałam swe kroki wprost do winy. Nacisnęłam guziczek, drzwi windy otworzyły się bez problemu, i włosy stanęły mi dęba. Na wprost mnie szczerzył żółte kły rotwailer. Wielkie bydlę. Sam na dodatek, bez właściciela. O mój Boże! Rotwailer! Zagryzie jak nic.
Zrobiłam w tył zwrot i zamiast wprost do domu, doskoczyłam schodów, które były bliżej i skacząc w popłochu po dwa stopnie, zbiegłam co sił w nogach na parter. No, totalny odpał, ale to wszystko przez to przerażenie.


Kiedy już dopadłam drzwi wejściowych, kilku chłopaczków, nastoletnich paskudów, zanosząc się śmiechem, rozpierzchło się na wszystkie strony świata. No dobra. Chłopcy lubią robić psikusy, wytłumaczyłam sobie i popłoch minął. No, może nie do końca, bo jednak nie odważyłam się wejść do windy, bo i licho wie, co takie paskudy mogły jeszcze wymyśleć. Czujnie i powolutku weszłam po schodach na to swoje czwarte piętro. Odsapnęłam, po czym oniemiałam, nie wierząc własnym oczom. Otóż na mojej wycieraczce, rozciągnięty na całą jej długość, leżał ten wielki przyjemniaczek z windy rodem. Łypnął na mnie okiem i zdawało mi się, że nawet przyjaźnie. Chwilę postałam nieruchomo w odpowiedniej odległości, chwytając oddech, bo i licho wie, czy przyjaźnie łypał, aż tak to się nie znam na psach, po czym zbliżyłam się niepewnie i przemówiłam chytrze i pieszczotliwie:
– Odejdź, piesku, proszę, odejdź z mojej wycieraczki. Ja muszę wejść do domu…
Nic. Łypał na mnie nadal.
– Odejdź, piesku… piesiuniu – poprosiłam grzeczniutko, ułożonym tonem.


Nic. Ani drgnął. Wyjęłam z kieszeni fartuszka cukierka, bo zawsze podjadam słodycze w czasie pracy i kucając, podsunęłam mu pod nos. Chwycił cukierka w swoje długie zębiska i aż się rozczuliłam, że tak bardzo delikatnie. Pies obwąchał mi rękę, polizał ją, i w nagrodę wstał. Otworzyłam więc drzwi, a na co on tylko czekał, bo jednym susem wpadł do mojego mieszania i rozgościł się na kanapie. No…. jeszcze lepiej! I co teraz?! – pomyślałam przez chwilę, i wpadłam na genialny pomysł, że napiszę i wydrukuję kilka, czy też kilkanaście ogłoszeń typu – znaleziono psa rasy…. itd. Właściciel proszony pod numer mieszkania nr.10, i je porozwieszam i tu i ówdzie. Również na drzwiach windy. Było nie było – pies rodem z windy. Tak też zrobiłam, przysiadając przy komputerze pod czujnym okiem psa. Napisałam co potrzeba, wdrukowałam, ale nie dało rady wyjść z domu. Za każdym razem (a prób było kilka), gdy tylko zbliżyłam się do drzwi, pies ruszał za mną, zeskakując z kanapy i je skutecznie blokował.


– Złociutki, nie rozumiesz tego? Ja muszę wyjść w twojej sprawie. W twojej! – zaakcentowałam.
Nie rozumiał. Nic a nic.
– Cukiereczka?? – wpadłam na genialny pomysł, wyjmując z kieszonki „Michałka”.
Rzeczywiście pomysł był przedni. Pies uwielbiał „Michałki”, podobnie jak ja. I jak ja nie zaspakajał się jednym, czy dwoma. Owszem, wstawał posłusznie, i jak na komendę, i tylko czekał aż mu podam słodycz, po czym wracał na kanapę.
Kilka razy powtórzyłam ten zabieg i w końcu pies z windy rodem pozostał już na kanapie, czując się najwyraźniej nasycony, a ja spokojnie wyszłam z domu, dzierżąc w dłoni kilkanaście ogłoszeń. Pierwsze przykleiłam na drzwiach winy, a następne na pobliskich drzewach, wokół mego bloku i dalej, a także na drzwiach sklepu, gdzie poszłam po ulubione słodycze mojego już niemal psa, który zadomowił się jak nic na mojej kanapie i już nie miałam pewności, czy zechce z niej zejść. Chyba tylko po słodycze. No i zszedł oczywiście, gdy mnie tylko wyczuł pod drzwiami, czy może też wyczuł te cukierki, co to zakupiłam.


Przywitał mnie z zadowoleniem, merdając ogonem. Pogłaskałam go, podałam cukierka, a on spojrzał mi przymilnie w oczy i wrócił na swoją ulubioną kanapę.
Usiadłam obok a on z tej uciechy zaczął mnie znowu namiętnie lizać po obu już rękach, po czym nieoczekiwanie oblizał mi twarz szerokim, różowym jęzorem. Rozczuliłam się kompletnie i podałam mu tym razem krówkę ciągutkę.
Prawie skleiła mu zęby… No trudno.
Podczas gdy pies wywijał mordą na wszystkie strony, ja zaczęłam rozpakowywać resztę pudeł. I w tym momencie usłyszałam dzwonek u drzwi. Pies też usłyszał i zerwał się z kanapy jednym susem i zaczął tak wściekle ujadać, że nie szlo go uspokoić, a na dodatek z nosem przy samych drzwiach.
– Odejdź – poprosiłam, podając mu następną ciągutkę, którą tym razem od razu łyknął, co poskutkowało tym, że nie skleiła mu zębów, i grzeczniutko wrócił na kanapę, rozciągając się na niej z lubością. Przestał też szczekać bardzo ukontentowany. Ja również.
– Do..o..o..bry piesek! – pochwaliłam nieco przedwcześnie i pośpieszyłam otworzyć drzwi.
– Ja w sprawie ogłoszenia… To mój pies, wabi się Zbój, pani go odda – wydarł się falsetem jakiś młody pryszczaty.


Zbój na widok młodego obnażył kły i zawarczał jak przystało na zbója. Tyle, że z kanapy.
– Ależ proszę bardzo, zawołaj go, i znikajcie obaj, bo mam sporo roboty – powiedziałam twardym głosem, wietrząc już kłopoty.
– Zbój! Do nogi! – wrzasnął pryszczaty.
Nic. Pies ani drgnął. Patrzył mi w oczy. Mnie, rozumiecie? Mnie, obcej kobiecie!
– Zbój! Idziemy! No dalej, szybko! – zdenerwowała się chłopaczyna.
Zbój zawarczał i ani myślał się ruszyć. Nadal suszył kły.
Młody zbliżył się do psa, na co spojrzałam ze zgrozą, bo naniósł mi błota na jasny dywan, a z jeszcze większą zgrozą ujrzałam, jak Zbój już niemal rzuca się pryszczatemu do gardła. Podałam mu szybko krówkę ciągutkę i uspokoił się na chwilę. Ale tylko na chwilę. Młody znowu próbował przywołać Zbója do posłuszeństwa, na co on udziabał go w nogę, a właściwie i konkretnie to w udo. Dobrze, że nie wyżej. Młodzian odskoczył w tył i rozwrzeszczał się na cały blok, a pies rozszczekał się tak, że pod moje drzwi zbiegły tabuny sąsiadów. Jak nic, zaraz pojawi się policja! Że niby maltretuję dziecko. Ludzie walili w drzwi, więc musiałam je zakluczyć, bo Zbój gotowy był i ich zagryźć. Póki co ujadał zaciekle, chłopak darł się histerycznie, a ja podawałam psu aż po dwa cukierki naraz, myśląc z niepokojem, że kończą się i Michałki i ciągutki, podobnie jak kończy się moja cierpliwość.
Niechby już ta policja przyszła! Ale nie! Gdzie tam. Im się nie śpieszy. Pewnie wszyscy na miesięcznicy, bo dzisiaj dziesiąty.


– Co pani zrobiła z moim psem? – Zawył tymczasem pryszczaty, trzymając się wciąż za uszkodzone udo swojej lewej nogi.
– Ja?? Nic. Uspokoiłam go, bo pewnie by cię zagryzł i tych za drzwiami. Proszę przyjść z ojcem lub matką, i koniecznie z kagańcem – powiedziałam stanowczym tonem i już było mi żal Zbója. Mógłby u mnie na tej kanapie zostać… Ja mam przecież swoje drugie wygodne łóżko w sypialni, a pryszczaty musi być bardzo złym młodzianem, skoro pies go nie lubi. Najwyraźniej się do niego nie upodobnił. Całkiem milutki psiunio.
Chłopak wzruszył ramionami. – Pani mi otworzy drzwi…
– A i owszem – odpowiedziałam.


Wyszedł. Minęło z pół godziny i rozległ się dzwonek u drzwi. Pewnie to pryszczaty z rodzicami. Ludzie już sobie poszli. I dobrze. Zbój wyraźnie źle reagował na obcych. Okazało się, że nie tylko na obcych. Znowu zaczął ujadać wściekle, gdy tylko wyczuł kto dzwoni do drzwi, więc dałam mu cukierka, z przerażeniem stwierdzając, że to przedostatni i otworzyłam drzwi. Rzeczywiście było tak, jak pomyślałam. Do domu weszli właściciele psa nie wycierając butów; mężczyzna wagi ciężkiej i pryszczaty.
– My po psa… – stwierdził obcesowo ten starszy, a potem wydukał też obcesowo – dzień dobry.
Kolejność ta, ani ton głosu, nie spodobały się ani mnie, ani psu.
– Proszę go przywołać i znikajcie stąd – powiedziałam z westchnieniem, bo żal mi było psiny, co to tak namiętnie lizała mnie po rękach, jak nikt dotąd.
– Zbój, do nogi! Idziemy! – wrzasnął starszy i zbliżył się do kanapy, na co pies najeżył się, a potem zeskoczył jednym susem ze swojego już niemal legowiska i dopadł najpierw jego uda, potem próbował dopaść gardła, ale ten był zbyt wysoki, więc dopadł piersi. Ciężar musiał być olbrzymi, bo mężczyzna zachwiał się i tylko miał szczęście, bo za nim stał dębowy stół z mocnymi nogami, na którym się wsparł, klnąc, aż mnię prawie uszy zwiędły. Mężczyzna był najwyraźniej jak na moje oko, wystraszony i wściekły, a ja musiałam zachować zdrowy rozsądek i wyjść jakoś z tej koszmarnej sytuacji. Wyjęłam więc ostatniego cukierka, wymachując nim w powietrzu.
– Proszę, piesku, weź… Bardzo dobra krówka…


Zbój złagodniał, chwycił cukierka i usiadł, tym razem przy mnie, dając wyraźnie znak, kto tu jest jego panem. Polizał mnie po ręce. Rozczuliłam się znowu, ale tak w sobie, w środku.
– No i co teraz? – spytałam niepewnie.
– Niech mu pani założy kaganiec! – odpowiedział starszy. – Co pani z nim zrobiła?! – krzyknął.
Wzruszyłam ramionami wstrząśnięta. Ja?! Ja coś zrobiłam!?
– No niech mu pani założy… – niemal rozkazał, podając mi kaganiec.
– Wrrrrrrrrrrrrr….. – Zdenerwował się Zbój, gdy ujrzał w wyciągniętej dłoni mężczyzny, kaganiec. Widać był na niego uczulony. Usiadł, przyczaił się, szykując do skoku.
– To panu zaraz go założę! – odkrzyknęłam nerwowym tonem.


Mężczyzna wycofał się powolutku w stronę drzwi. Jego własny pies już miał wyćwiczone skoki i niechybnie teraz, dopadł by jego gardła.
– Trudno, widzę, że to bydlę za chwilę mnie pożre, nic tu po nas. Idziemy, synu. Pies stracony – powiedział, a ja odetchnęłam.
Nie miałam już cukierków. A pies był miluśki. I jaki inteligentny! a poza tym podobny całkiem do psa mojej córki, co to sie zowie Szymon.
No to i też zmieniłam mu imię na 
SZYMON!
CZYŻ NIE PIĘKNE IMIĘ DLA PSA.




27 września 2018