niedziela, 24 marca 2019

Monolog o psie rodem z windy. - Anna Dalia Słowińska






Anna Dalia Słowińska
 ·

Monolog o psie rodem z windy.




Od kilku dni mieszkam w bloku tzw. ful wypas, na czwartym piętrze. Winda już od garażu, domofon i takie tam inne. Sąsiedzi też póki co nie zaleźli za skórę, a pomogli wnosić do windy a i do domu pudła i nie tylko. Szybko się ogarnę, pomyślałam zadowolona i zabrałam się za porządki. Zdążyłam rozpakować kilka pudeł, ułożyć zawartość w odpowiednich miejscach, gdy usłyszałam w domofonie chłopięcy falsecik.
– Bardzo proszę odblokować windę. Wystarczy tylko nacisnąć… Nie mogę jej uruchomić. Stoi na czwartym...
– Ja też nie wiem, czy mi się uda, może trzeba mechanika… – zasugerowałam grzecznie.
– Ale niech pani chociaż spróbuje.


No dobrze, pomyślałam. Nic to nie szkodzi spróbować. A nóż się uda. Winda w końcu blisko. A muszę podkreślić, że jestem bardzo uczynną osobą. Wyszłam i skierowałam swe kroki wprost do winy. Nacisnęłam guziczek, drzwi windy otworzyły się bez problemu, i włosy stanęły mi dęba. Na wprost mnie szczerzył żółte kły rotwailer. Wielkie bydlę. Sam na dodatek, bez właściciela. O mój Boże! Rotwailer! Zagryzie jak nic.
Zrobiłam w tył zwrot i zamiast wprost do domu, doskoczyłam schodów, które były bliżej i skacząc w popłochu po dwa stopnie, zbiegłam co sił w nogach na parter. No, totalny odpał, ale to wszystko przez to przerażenie.


Kiedy już dopadłam drzwi wejściowych, kilku chłopaczków, nastoletnich paskudów, zanosząc się śmiechem, rozpierzchło się na wszystkie strony świata. No dobra. Chłopcy lubią robić psikusy, wytłumaczyłam sobie i popłoch minął. No, może nie do końca, bo jednak nie odważyłam się wejść do windy, bo i licho wie, co takie paskudy mogły jeszcze wymyśleć. Czujnie i powolutku weszłam po schodach na to swoje czwarte piętro. Odsapnęłam, po czym oniemiałam, nie wierząc własnym oczom. Otóż na mojej wycieraczce, rozciągnięty na całą jej długość, leżał ten wielki przyjemniaczek z windy rodem. Łypnął na mnie okiem i zdawało mi się, że nawet przyjaźnie. Chwilę postałam nieruchomo w odpowiedniej odległości, chwytając oddech, bo i licho wie, czy przyjaźnie łypał, aż tak to się nie znam na psach, po czym zbliżyłam się niepewnie i przemówiłam chytrze i pieszczotliwie:
– Odejdź, piesku, proszę, odejdź z mojej wycieraczki. Ja muszę wejść do domu…
Nic. Łypał na mnie nadal.
– Odejdź, piesku… piesiuniu – poprosiłam grzeczniutko, ułożonym tonem.


Nic. Ani drgnął. Wyjęłam z kieszeni fartuszka cukierka, bo zawsze podjadam słodycze w czasie pracy i kucając, podsunęłam mu pod nos. Chwycił cukierka w swoje długie zębiska i aż się rozczuliłam, że tak bardzo delikatnie. Pies obwąchał mi rękę, polizał ją, i w nagrodę wstał. Otworzyłam więc drzwi, a na co on tylko czekał, bo jednym susem wpadł do mojego mieszania i rozgościł się na kanapie. No…. jeszcze lepiej! I co teraz?! – pomyślałam przez chwilę, i wpadłam na genialny pomysł, że napiszę i wydrukuję kilka, czy też kilkanaście ogłoszeń typu – znaleziono psa rasy…. itd. Właściciel proszony pod numer mieszkania nr.10, i je porozwieszam i tu i ówdzie. Również na drzwiach windy. Było nie było – pies rodem z windy. Tak też zrobiłam, przysiadając przy komputerze pod czujnym okiem psa. Napisałam co potrzeba, wdrukowałam, ale nie dało rady wyjść z domu. Za każdym razem (a prób było kilka), gdy tylko zbliżyłam się do drzwi, pies ruszał za mną, zeskakując z kanapy i je skutecznie blokował.


– Złociutki, nie rozumiesz tego? Ja muszę wyjść w twojej sprawie. W twojej! – zaakcentowałam.
Nie rozumiał. Nic a nic.
– Cukiereczka?? – wpadłam na genialny pomysł, wyjmując z kieszonki „Michałka”.
Rzeczywiście pomysł był przedni. Pies uwielbiał „Michałki”, podobnie jak ja. I jak ja nie zaspakajał się jednym, czy dwoma. Owszem, wstawał posłusznie, i jak na komendę, i tylko czekał aż mu podam słodycz, po czym wracał na kanapę.
Kilka razy powtórzyłam ten zabieg i w końcu pies z windy rodem pozostał już na kanapie, czując się najwyraźniej nasycony, a ja spokojnie wyszłam z domu, dzierżąc w dłoni kilkanaście ogłoszeń. Pierwsze przykleiłam na drzwiach winy, a następne na pobliskich drzewach, wokół mego bloku i dalej, a także na drzwiach sklepu, gdzie poszłam po ulubione słodycze mojego już niemal psa, który zadomowił się jak nic na mojej kanapie i już nie miałam pewności, czy zechce z niej zejść. Chyba tylko po słodycze. No i zszedł oczywiście, gdy mnie tylko wyczuł pod drzwiami, czy może też wyczuł te cukierki, co to zakupiłam.


Przywitał mnie z zadowoleniem, merdając ogonem. Pogłaskałam go, podałam cukierka, a on spojrzał mi przymilnie w oczy i wrócił na swoją ulubioną kanapę.
Usiadłam obok a on z tej uciechy zaczął mnie znowu namiętnie lizać po obu już rękach, po czym nieoczekiwanie oblizał mi twarz szerokim, różowym jęzorem. Rozczuliłam się kompletnie i podałam mu tym razem krówkę ciągutkę.
Prawie skleiła mu zęby… No trudno.
Podczas gdy pies wywijał mordą na wszystkie strony, ja zaczęłam rozpakowywać resztę pudeł. I w tym momencie usłyszałam dzwonek u drzwi. Pies też usłyszał i zerwał się z kanapy jednym susem i zaczął tak wściekle ujadać, że nie szlo go uspokoić, a na dodatek z nosem przy samych drzwiach.
– Odejdź – poprosiłam, podając mu następną ciągutkę, którą tym razem od razu łyknął, co poskutkowało tym, że nie skleiła mu zębów, i grzeczniutko wrócił na kanapę, rozciągając się na niej z lubością. Przestał też szczekać bardzo ukontentowany. Ja również.
– Do..o..o..bry piesek! – pochwaliłam nieco przedwcześnie i pośpieszyłam otworzyć drzwi.
– Ja w sprawie ogłoszenia… To mój pies, wabi się Zbój, pani go odda – wydarł się falsetem jakiś młody pryszczaty.


Zbój na widok młodego obnażył kły i zawarczał jak przystało na zbója. Tyle, że z kanapy.
– Ależ proszę bardzo, zawołaj go, i znikajcie obaj, bo mam sporo roboty – powiedziałam twardym głosem, wietrząc już kłopoty.
– Zbój! Do nogi! – wrzasnął pryszczaty.
Nic. Pies ani drgnął. Patrzył mi w oczy. Mnie, rozumiecie? Mnie, obcej kobiecie!
– Zbój! Idziemy! No dalej, szybko! – zdenerwowała się chłopaczyna.
Zbój zawarczał i ani myślał się ruszyć. Nadal suszył kły.
Młody zbliżył się do psa, na co spojrzałam ze zgrozą, bo naniósł mi błota na jasny dywan, a z jeszcze większą zgrozą ujrzałam, jak Zbój już niemal rzuca się pryszczatemu do gardła. Podałam mu szybko krówkę ciągutkę i uspokoił się na chwilę. Ale tylko na chwilę. Młody znowu próbował przywołać Zbója do posłuszeństwa, na co on udziabał go w nogę, a właściwie i konkretnie to w udo. Dobrze, że nie wyżej. Młodzian odskoczył w tył i rozwrzeszczał się na cały blok, a pies rozszczekał się tak, że pod moje drzwi zbiegły tabuny sąsiadów. Jak nic, zaraz pojawi się policja! Że niby maltretuję dziecko. Ludzie walili w drzwi, więc musiałam je zakluczyć, bo Zbój gotowy był i ich zagryźć. Póki co ujadał zaciekle, chłopak darł się histerycznie, a ja podawałam psu aż po dwa cukierki naraz, myśląc z niepokojem, że kończą się i Michałki i ciągutki, podobnie jak kończy się moja cierpliwość.
Niechby już ta policja przyszła! Ale nie! Gdzie tam. Im się nie śpieszy. Pewnie wszyscy na miesięcznicy, bo dzisiaj dziesiąty.


– Co pani zrobiła z moim psem? – Zawył tymczasem pryszczaty, trzymając się wciąż za uszkodzone udo swojej lewej nogi.
– Ja?? Nic. Uspokoiłam go, bo pewnie by cię zagryzł i tych za drzwiami. Proszę przyjść z ojcem lub matką, i koniecznie z kagańcem – powiedziałam stanowczym tonem i już było mi żal Zbója. Mógłby u mnie na tej kanapie zostać… Ja mam przecież swoje drugie wygodne łóżko w sypialni, a pryszczaty musi być bardzo złym młodzianem, skoro pies go nie lubi. Najwyraźniej się do niego nie upodobnił. Całkiem milutki psiunio.
Chłopak wzruszył ramionami. – Pani mi otworzy drzwi…
– A i owszem – odpowiedziałam.


Wyszedł. Minęło z pół godziny i rozległ się dzwonek u drzwi. Pewnie to pryszczaty z rodzicami. Ludzie już sobie poszli. I dobrze. Zbój wyraźnie źle reagował na obcych. Okazało się, że nie tylko na obcych. Znowu zaczął ujadać wściekle, gdy tylko wyczuł kto dzwoni do drzwi, więc dałam mu cukierka, z przerażeniem stwierdzając, że to przedostatni i otworzyłam drzwi. Rzeczywiście było tak, jak pomyślałam. Do domu weszli właściciele psa nie wycierając butów; mężczyzna wagi ciężkiej i pryszczaty.
– My po psa… – stwierdził obcesowo ten starszy, a potem wydukał też obcesowo – dzień dobry.
Kolejność ta, ani ton głosu, nie spodobały się ani mnie, ani psu.
– Proszę go przywołać i znikajcie stąd – powiedziałam z westchnieniem, bo żal mi było psiny, co to tak namiętnie lizała mnie po rękach, jak nikt dotąd.
– Zbój, do nogi! Idziemy! – wrzasnął starszy i zbliżył się do kanapy, na co pies najeżył się, a potem zeskoczył jednym susem ze swojego już niemal legowiska i dopadł najpierw jego uda, potem próbował dopaść gardła, ale ten był zbyt wysoki, więc dopadł piersi. Ciężar musiał być olbrzymi, bo mężczyzna zachwiał się i tylko miał szczęście, bo za nim stał dębowy stół z mocnymi nogami, na którym się wsparł, klnąc, aż mnię prawie uszy zwiędły. Mężczyzna był najwyraźniej jak na moje oko, wystraszony i wściekły, a ja musiałam zachować zdrowy rozsądek i wyjść jakoś z tej koszmarnej sytuacji. Wyjęłam więc ostatniego cukierka, wymachując nim w powietrzu.
– Proszę, piesku, weź… Bardzo dobra krówka…


Zbój złagodniał, chwycił cukierka i usiadł, tym razem przy mnie, dając wyraźnie znak, kto tu jest jego panem. Polizał mnie po ręce. Rozczuliłam się znowu, ale tak w sobie, w środku.
– No i co teraz? – spytałam niepewnie.
– Niech mu pani założy kaganiec! – odpowiedział starszy. – Co pani z nim zrobiła?! – krzyknął.
Wzruszyłam ramionami wstrząśnięta. Ja?! Ja coś zrobiłam!?
– No niech mu pani założy… – niemal rozkazał, podając mi kaganiec.
– Wrrrrrrrrrrrrr….. – Zdenerwował się Zbój, gdy ujrzał w wyciągniętej dłoni mężczyzny, kaganiec. Widać był na niego uczulony. Usiadł, przyczaił się, szykując do skoku.
– To panu zaraz go założę! – odkrzyknęłam nerwowym tonem.


Mężczyzna wycofał się powolutku w stronę drzwi. Jego własny pies już miał wyćwiczone skoki i niechybnie teraz, dopadł by jego gardła.
– Trudno, widzę, że to bydlę za chwilę mnie pożre, nic tu po nas. Idziemy, synu. Pies stracony – powiedział, a ja odetchnęłam.
Nie miałam już cukierków. A pies był miluśki. I jaki inteligentny! a poza tym podobny całkiem do psa mojej córki, co to sie zowie Szymon.
No to i też zmieniłam mu imię na 
SZYMON!
CZYŻ NIE PIĘKNE IMIĘ DLA PSA.




27 września 2018

piątek, 1 marca 2019

Polska Wiosna 2019 ... - Michał Graczyk





Michał Graczyk

Polska  Wiosna  2019 ...






















Hanibal Death Machine - I have a dream








Hanibal Death Machine


I have a dream 

realizacja -   Mika Hanselmann
Available at M & O Music e-shop : "lien"
iTunes : "lien"



Label : M & O Music –    http://www.m-o-music.com

Promotion by M & O Office –   http://www.m-o-office.com






Defloracja - punk







od lewej drMiś,Fred,Bocian


Defloracja


-zespół założony 1990 roku przez Mirmiła,Freda i bandę zbuntowanej młodzieży z Brzeska-Okocim. Skład ewaluował z czasem aż do pierwszej oficjalnej kasety”ZOBACZYMY”
która została nagrana w KRK studio Fala w składzie Dziufus,Fred,Banan,Łysy w roku 1992.






Obecnie zespół tworzą Fred,Bocian,Misiek muzycznie nawiązujemy do lat 90 na GIG gramy materiał z kasety plus niespodzianki a czy ma to sens najbliższe imprezy zweryfikują-plany na ten sezon pojeździć po klubach,gigach,festach a na koniec roku nagrać i wydać płytę.

 pzdr DFL.


kontakt-




Defloracja
1992 r.

wtorek, 26 lutego 2019

TRAUMASPHERE - thrash death metal - Francja






Traumasphere - Voidcalll

Demo tape (Death metal) - Francja







To mroczny i pokręcony death metal z inspiracjami starej szkoły ,
coś pomiędzy old school thrashing death a śmiercionośnym death metalem,który utrzymuje aurę starej szkoły.

To demo składające się z 5 kompozycji zostało początkowo nagrane ponad 17 lat temu i wydane w bardzo ograniczonej ilości w formacie CDr ...
Teraz jest nareszcie rematerializowany na taśmę dla twoich chorobliwie epileptycznych przyjemności!








Nakład jest ściśle limitowany -  100 taśm .Czarne kasety fabrycznie nagrane plus okładki.

3,90 euro + opłata pocztowa dostępne w tym sklepie internetowym:









poniedziałek, 25 lutego 2019

Axe Crazy - heavy metal






Axe Crazy








Zespół Axe Crazy 
powstał w 2010 roku w składzie: 
Andrzej Heczko - perkusja, Adrian Bigos – gitara, wokal, Robson Bigos– gitara, wokal, Jacek Boroń - wokal, Michał Włóczko – bas, i od początku grał muzykę na pograniczu klasycznego hard rocka oraz heavy metalu. 
Repertuar zespołu to oczywiście własne utwory przeplatane na koncertach coverami klasycznych numerów hard & heavy. W 2011 roku następuje pierwsza zmiana w składzie zespołu - Michała zastępuje Kamil Pieściuk,
 a w 2012 roku po odejściu Jacka nowym wokalistą został Michał Skotnicki. W kwietniu 2014 roku Axe Crazy wydał własnym sumptem swoją debiutancką EP "Angry Machines". 
W marcu 2015 zespół pojawił się na wydanej w Niemczech składance 
"Trveheim Vol.1", zawierającej 10 zespołów nurtu NWOTHM z całego świata. 








W czerwcu tego samego roku Axe Crazy podpisuje kontrakt z niemiecką wytwórnią Pure Steel Records obejmujący wydanie debiutanckiej EP na winylu, 
natomiast w sierpniu kolejny utwór zespołu pojawia się na składance "True Metal Lives III - The Hard Road To Hell" wydanej w USA. 

W grudniu 2015 Kamil odchodzi z zespołu, 
a jego miejsce już w styczniu 2016 zajmuje Daniel Czupryn. Limitowana do 200 sztuk winylowa edycja debiutanckiej EP „Angry Machines”,
 ukazuje się w lutym 2016 nakładem Pure Steel Records. W marcu zespół wchodzi ponownie do studia by zarejestrować pełnowymiarowy debiut, a w październiku podpisuje kontrakt na jego wydanie z grecką wytwórnią No Remorse Records. 

Album „Ride On The Night” ukazał się 16 grudnia 2016 roku w wersji CD, a w grudniu 2017 w wersji winylowej wydanej samodzielnie przez zespół.
W styczniu 2019 Michał odchodzi z zespołu, a juz w lutym posadę wokalisty obejmuje Tomasz „Judas Vril” Świdrak.
W swoim dorobku Axe Crazy dzielił scenę z min. Manilla Road, Satan, Praying Mantis, Q5, Witchfynde, Tysondog, Mindless Sinner, Pokolgep, Skull Fist, Evil Invaders, Crystal Viper, Midnight Priest, Air Raid, Roadhog.








Axe Crazy to:

Adrian Bigos – gitara, wokal

Andrzej Heczko – perkusja

Tomasz „Judas Vril” Świdrak - wokal

Robson Bigos – gitara, wokal

Daniel Czupryn – bas




E-mail -    axecrazyband@gmail.com






czwartek, 21 lutego 2019

Mamusiu Ratuj - punk

    



Mamusiu Ratuj






Znam wasz zespół już od początku lat 90 i nie ukrywam że lubiłem was bardzo słuchać wtedy jak i teraz lubię coś waszego zapodać. Duży sentyment czy i u was właśnie ten sentyment kazał wam zejść się od nowa po latach i grać?

    - Tak, mamy ogromny sentyment do przygód z końca lat 80’, była to przecież nasza młodość i kapela, która dla nas dużo znaczyła. Wróciliśmy więc na fali auto-sentymentu, ale nie tylko dlatego. Wtedy pograliśmy tylko chwilę i zawsze potem mieliśmy wrażenie, że mogliśmy zrobić więcej. Więcej koncertów, więcej nagrań, wydać płytę itp. Lata 90’ były dobrym czasem na kontynuację i dalszy rozwój. Niestety już nie dla nas…
Pozostało wrażenie, że czegoś nie dokończyliśmy. Teraz jest czas aby postawić kropkę nad i. Lepiej późno niż wcale.








    Widzę, że macie w planach granie koncertów, dużo macie propozycji koncertowych i pamiętają was?

    - Głównym celem naszej reaktywacji w 2018 było zagranie jednego koncertu w Dębicy, na symboliczne 30-lecie. Ale też przez te minione lata wiele razy słyszeliśmy, że pamięć o Mamusiu Ratuj jest wiecznie żywa (jak Lenin). Sporo ludzi dziś pamięta, wielu się dopytywało i dalej dopytuje. Świat muzyczny i w ogóle świat się radykalnie zmienił, dziś jest zupełnie inna rzeczywistość w kwestii koncertów, festiwali, możliwości grania w ogóle.
Popytaliśmy się tu i ówdzie i mamy zabukowanych kilka koncertów. Bardzo miłe, że są ludzie, którzy nas dziś zapraszają. Szczegóły na naszym fanpejdżu (ach, te współczesne słówka...)


    Materiał - wiadomo kultowe szlagiery, ale czy planujecie też układać nowe kawałki, może nowy materiał nowa płyta?


    - Na dzisiaj nie podjęliśmy decyzji aby robić coś nowego. Pierwszy krok to odświeżyć tamten materiał i zagrać go. Nie wykluczamy oczywiście, że nie zrobimy drugiego kroku. Najpierw musimy się jednak uporać z dokończeniem swojej własnej historii, potem będziemy myśleć co dalej. Płyta też nam chodzi po głowie, póki co na nowo (właściwie po raz pierwszy) nagrany i wydany stary materiał. Czy to się uda – zobaczymy, na spokojnie.
Chcemy zagrać te kilka koncertów, przypomnieć się publiczności i zobaczyć czy mamy w ogóle dla kogo i po co grać. Na siłę na pewno nie będziemy gówna szlifować.








    Zawsze nie byłem do końca pewny czy wasz skład bardziej pochodzi z Brzeźnicy czy z Dębicy?

    - Jeden pochodzi z Brzeźnicy, drugi z Pustkowa, trzech z Dębicy, próby były w Domu Kultury Brzeźnica.
To sobie sam odpowiedz skąd jest zespół, ja nie wiem. Bez pierdolenia się ze szczegółami jest przyjęte, że z Dębicy.


    Pytanie o początki zespołu jest oklepane raczej i tendencyjne ale minęło tyle lat i ciekawi mnie jak wspominacie tamte czasy, jak zrodził się pomysł na kapelę ,gdzie graliście, jak bardzo wypasiony mieliście sprzęt-gitary wzmaki?

    - Może i oklepane pytanie, jak się już o tym mówiło pińcet razy. Ale tak dokładnie to sami nie za bardzo pamiętaliśmy jak to się zaczęło, więc nie było okazji opowiedzieć. Dopiero po podłączeniu elektrod do potylicy i seansie hipnozy kilka szczegółów wyszło na jaw. Więc dobrze, że zapytałeś.
Inicjatorem powstania grupy był Piter (git) przy nieudokumentowanym współudziale Mańka (voc). Do składu dołączyli Krzoku (voc), Mietek (b) i akordeonista Feju, który chciał grać na akordeonie. Ale został zdyscyplinowany do grania na bębnach, z braku innego kandydata. Stało się to w Dniu Kobiet 8 marca 1989 r. Pierwsza nazwa była oczywiście 200% punkowa – Chaos Ukraina czyli Tajemnicze Zęby na Kaszance (skr. CUcTZnK). Nie wiemy co wdychał jej twórca (Krzoku), ale musiała być to podwójna dawka. Szybko jednak nazwa została zmieniona na Mamusiu Ratuj, co też nie było wykwintem światłej myśli, ale zawsze lepsze niż  CUcTZnK.
Pierwsza i wszystkie kolejne próby miały miejsce w Domu Kultury w Brzeźnicy (pod Dębicą). W momencie startu zaplecze technologiczne zespołu i umiejętności „muzyków” były zerowe. Basista miał wiosło po raz pierwszy w życiu w ręce a  akordeonista grał na bębnach. Wzmacniacze były z domu kultury, czyli złota era Eltrona, w porywach do Vermony.








Dziś już nie wiadomo jak to się stało ale po półtorej miesiąca grupa zagrała pierwszy koncert, ten uliczny pod Śnieżką a miesiąc później w Parku Jordana. Na obydwu koncertach był Mat, który grał też na tych imprezach z innym zespołem (Przyczłapy do Bulgulatora [też wykwint!]), i zaraz po nich dołączył do składu w Brzeźnicy uwalniając nieszczęśliwego akordeonistę z bębniarskiego chomąta. Niestety nowy bębniarz nie wyraził atencji do akordeonowych pasji. No i tak się zaczęło.
W ustalonym i zgranym składzie MR zagrali jeszcze 6 koncertów i nagrali demo, znane później pod tytułem „Ballada o...”. Koło roku 1992 skład zamienił czarne glany na brązowe glany i tak właściwie zakończyła się historia zespołu
Po dwóch latach było jeszcze trochę grania ale już bez Mańka, Mietka i Mata, który wrócił tylko na chwilę. Tak czy owak jeśli ktoś był na koncercie po roku 92, to raczej nie na TYM Mamusiu Ratuj.








    Jak wspominacie szalone lata 80-90

    - „Szalone lata 80” to mi się kojarzy z jakimś tv-teleturniejem albo wieczorem karaoke.

Każda dekada na swój sposób była szalona, dla każdego kto w danym czasie żył w jakiejś tam dekadzie. Ale, o ile jeszcze da się porównać lata 60’ i 70’, jako pewne następstwo dekad – tak lat 80’ i 90’ porównać w żaden sposób się nie da. A przynajmniej nie w tej części Europy. Pamiętajmy, że na przełomie tych dwóch dekad upadł mur i zmieniło się wszystko. Politycznie, społecznie, ekonomicznie, technologicznie i oczywiście lawina zmian dla nas grajków i melomanów wszelkiej maści.
Można dziś mówić, że byliśmy dzieciakami i nie interesowaliśmy się polityką, ale polityka nami i owszem. Bida z nędzą i brak dostępu (lub mocno limitowany) do tego, co się dzieje w wolnym świecie robiły swoje a tu każdy orał jak mógł. W latach 90’ ktoś otwarł wrota i sytuacja zespołów muzycznych stała się radykalnie odmienna. Jakby było mało, na te lata przypadła też największa rewolucja technologiczna od czasów wynalezienia koła, czyli Internet. Narzędzie, które na zawsze odmieniło oblicze ziemi. Tej ziemi.
Tych zmian było tyle, że nie sposób wymienić nawet procenta. Chłopcy przestali chodzić w sofixach a dziewczyny zaczęły golić nogi. I to był duży plus 🙂
Dla nas osobiście też wszystko się odmieniło. W 90’ zakładaliśmy rodziny, rodziły się dzieci i trzeba było na to wszystko zarobić. I jeszcze znaleźć czas aby pograć. W latach 80’ byliśmy tylko zbuntowanymi nastolatkami, bez kasy, bez instrumentów, bez przyszłości.
Odpowiadając zatem – wspominamy obie te dekady fantastycznie, ale zupełnie inaczej każdą z nich.








    Czy po zawieszeniu MR mieliście kontakt z taką muzyką, z tym środowiskiem, czy jak wielu pochłonęła was szara rzeczywistość praca dom rodzina...

    - Patrz poprzednia wypowiedź. A Mamusiu Ratuj grało jeszcze w drugiej połowie lat 90’ ale inną muzykę, w innym składzie i pod inną nazwą. Czyli w zasadzie nie grało od roku 92.
Po tym jak już wszyscy to rzucili, jedynie bębniarz Mat zachował swój (nomen omen) stołek i grał w wielu kapelach w latach późniejszych aż do dziś, również ze środowiska.
A poza tym dom i rodzina to nie jest żadna szara rzeczywistość. To jest rzeczywistość przez duże RZE.








    Jakiej muzyki słuchaliście kiedyś, jakiej słuchacie teraz?

    - Musielibyśmy napisać grubą rozprawkę aby powiedzieć czego lubiliśmy słuchać i co dziś lubimy. Po zobaczeniu setek koncertów i wysłuchania tysięcy płyt – nie da się w dwóch zdaniach. I to jeszcze w pięć osób, różnych od siebie.
Więc ogólnikowo i w skrócie. W latach 80’ (oczywiście szalonych) słuchaliśmy tego co większość dzieciaków naszego pokroju. Czyli od klasyki rocka/metalu AC/DC, Metallica, Motorhead, Black Sabbath przez klasykę nowej fali Dead Kennedys, Killing Joke, Joy Division, aż po naszą krajową MuzykęMłodejGeneracji, czyli ogólnie jarocińskie klimaty, które wchłanialiśmy w ilościach ponadgabarytowych.
Prościej powiedzieć czego nie słuchamy/liśmy i nie lubimy/liśmy. Jak już jesteśmy w temacie punk rocka to nigdy nie lubiliśmy punko polo. Trochę groteskowe, bo sami nie byliśmy wolni od tego grzechu w swojej twórczości. Może nie jako całość, ale elementy by się znalazły. Na szczęście nigdy nie byliśmy ortodoksyjnymi wielbicielami jednego stylu, gatunku i sceny.
Wymyślając swoje piosenki przeważnie byliśmy zapatrzeni w Kennedysów, Dezertera no i w thrash metal (ówczesny). Do dziś wiele nam z tego zostało. O stu innych gatunkach i tysiącu kapel nie ma co mówić.


Dzięki za poświęcony czas i powodzenia w działaniach życzę 🙂

     - Dziękuję i oczywiście zapraszamy na koncerty.

Pytania zadawał diony , odpowiedzi udzielił Mat – Luty 2019







skład zespołu-

Krzoku - voc

Maniek - voc

Pieter - git

Mietek - bas

Mat - dr



mamusiuratuj89@gmail.com