wtorek, 17 grudnia 2013

Łza Zeschniętej Róży




 Łza Zeschniętej Róży






 Łza zeschniętej róży powstała pod koniec 1993 roku.
Początkowo zespół nosił nazwę Bathuel i pod tą właśnie nazwą nagrał dwa dema.

 Pierwsze z nich "The Legends Of Pagans", zarejestrowane w Pruszczu Gdańskim w lutym 1995 roku, nagrane zostało zupełnie na żywo, bez mixów, „kosmetyki” itp., podczas jednej zimowej nocy. W jego realizacji udział wzięli: Adam Wosiak (Wokale i Gitary rytmiczne), Krzysztof Twardosz (Perkusja), Robert Bandzul (Gitary solowe) oraz sesyjnie Sebastian Smolak (Keyboard). Na owe demo składały się trzy kompozycje: "Northern Wind", "...With The Ravens" i "The Last Black Wolf From Northern Lands".









 W realizacji kolejnego dema Bathuel pt. "Deszczowa Pieśń Leśnych Duchów", nagranego w Swarzędzu w maju 1996 roku, uczestniczyły już tylko dwie osoby: Adam Wosiak (Wokale, Gitary rytmiczne, Bas) oraz Krzysztof Twardosz (Perkusja, Gitary solowe, Keyboard, Wokale).

Po nagraniu drugiego dema zespół zmienił nazwę na "Łza zeschniętej róży" i w maju 1997 roku w olsztyńskim Selani Studio nagrał swój pierwszy LP pt. "Majestat Mgieł Nocnych", wydany w formie kasetowej przez wrocławską wytwórnię Midgard Records. W nagraniu udział wzięła także Alexandra Mazurek, która jako nowy członek zespołu zasiadła za Keyboardem, wzbogacając zarazem Łzę zeschniętej róży o kobiece wokale.








A zatem "Majestat Mgieł Nocnych" nagrany został zaledwie przez trzy osoby, choć w jego stworzenie zaangażowany był jeszcze Robert Bandzul, który współpracował przy aranżacjach niektórych utworów i nagrał z zespołem pierwsze, wspomniane już, demo.

Warto pamiętać, że na nagranie" Majestatu" mieliśmy tylko niespełna 40 godzin, w co nie dowierzają inne zespoły. Na nagranie wokali wykorzystaliśmy tylko 3 godziny, tyle samo trwały mixy. Nie dało się zatem uniknąć pewnych niedociągnięć. Próby z perkusją przed nagraniem były bodajże 4.

W studiu ważną rolę pełnił Krzysztof, który to nagrał większość instrumentów a także pomagał w aranżacji i szlifowaniu kompozycji, natomiast ja (Adam) byłem autorem wszystkich utworów (za wyjątkiem" Northern Wind"). Warto zauważyć, że również aranżacje bębnów były w przeważającej części aranżacją moją.

Przychylne przyjęcie albumu a także pojawiające się przez cały ten czas w listach, mailach i komentarzach prośby o wydanie tego materiału na CD, zaowocowały reedycją, którą w podziękowaniu już teraz składam na Wasze dłonie. Jest to kolekcjonerskie wydanie w formie Różokrzyża. Dziękuję Wam serdecznie.

Adam Wosiak





DISCOGRAPHY

I
BATHUEL
"The Legends Of Pagans" - Promo - Demo, Luty 1995 (February 1995)
1. Northern Wind
2. ...With The Ravens
3. The Last Black Wolf From Northern Lands

II
BATHUEL
"Deszczowa Pieśń Leśnych Duchów" - 2 Demo, Maj 1996
("Rainy Song of Forest Spirits" - 2 Demo, May 1996)

1. Pieśń Dla zapomnianej Osady (The Song for Forgotten Village)
2. Wiatr Północny (Northern Wind)
3. Pogańskie Krainy (Pagan Lands)
4. Stara Baśń (The Old Tale)

III
ŁZA ZESCHNIĘTEJ RÓŻY (TEAR OF WITHERED ROSE)
"Majestat Mgieł Nocnych" - LP, Maj 1997
("The Majesty of Night Mists" - LP, May 1997)

Część 1 (Part 1)
"Nie Więdnące Kwiaty Miłości"
("Non Withering Flowers of Love")

1. Majestat Mgieł Nocnych (The Majesty of Night Mists)
2. Pamięć Uśpionych Świec (The Memory of Asleep Candles)

Część 2 (Part 2)
"Deszczowa Pieśń Leśnych Duchów"
("Rainy Song of Forest Spirits")

3. Pieśń Dla zapomnianej Osady (The Song for Forgotten Village)
4. Wiatr Północny (Northern Wind)
5. Pogańskie Krainy (Pagan Lands)
6. Stara Baśń (The Old Tale)

Druga część płyty " Majestat Mgieł Nocnych" to na nowo zagrane, 'wydłużone', kompletnie przearanżowane i zinterpretowane 2 demo BATHUEL.
Na pierwowzorze z 1996 roku zarejestrowane są chóry, z których nagrywając "Majestat..."musieliśmy zrezygnować, gdyż zabrakło na nie przewidzianego czasu.


 

niedziela, 15 grudnia 2013

14 12 2013 Wrocław klub Ciemna Strona Miasta. Extraklasa Punka - Sobie brzdunka!!!!!!!

 

   Jacek Kuban Kusza
14 12 2013 Wrocław klub Ciemna Strona Miasta.

Extraklasa Punka - Sobie brzdunka!!!!!!!


 
 
Francuzik odebrał mnie z dworca i zaraz udaliśmy się na PKS w celu odbioru Gringusia. Francuz udał się do domku bo to "małolat" i nie pijący a Gringa ze mną poszłą do Piwnicy Świdnickiej na Rynek na grzane piwko - kurwa ale wstrętne było i zajebiście drogie. Po piwku licencjonowany przewodnik po Wrocławiu - Gringa bez problemu spacerkiem doprowadziłą nas do klubu, a tam już hulanki i swawola. Ludzi było ponad 150 pierwszy zespół grał i fajnie i wszystko bo jakimś crustem mi zalatywało moim zdaniem lipa. Jako drugi zagrał WSK Punk no Kamilka, Norbert i reszta komandy nigdy nie schodzą poniżej świetnego poziomu, a "Marichuana" wypadłą genialnie. Potem na scenie pojawił sie zespół tylko nazwy zapomniałem, grali w trójkę ale zajebiście, perkusista jak z żurnala eleganckich skinheadów no cały Fred Perry i biała drabinka ze sznurowadeł. Muza ostra i zajebiste teksty odnoszące się do dnia dzisiejszego. No potem - ZWŁOKI Magilla mimo, że chory i w trakcie kuracji whiskaczem i Grejpfrutówką dal pipis niesamowity reszta zespołu jak zwykle na najwyższych obrotach no zajebiście i superaśnie. Magilla po wykonie już nawet normalnie mówić nie mógł tak mu gardło zaszwankowało.
 
 
 Ostatni grał Stan Oskarżenia i jak to Kubeł powiedział pozamiatał wszystko. No Lokówa, Pajdo i reszta są mistrzami robienia punkowego nastroju rozjebki i totalnej scenicznej demolki. 5 kapel z czego 4 genialne, nie jest źle. Teraz około koncertowe spostrzeżenia Kubanowe. No Stanie Oskarżenia w pogo wyróżniły się dwie osoby - korpulentna niewiasta około lat 60 tańcząca w szpilkach jak do muzyki Tercetu Egzotycznego, oraz taki pół łysy koleś z kępką dredów który w amoku pogo rwał je sobie z głowy. Brak jakiejkolwiek brami a zero jakiś spięć, atmosfera genialna w pogo pod sceną na Zwłokach tańczyło więcej punków niż na nie jednym koncercie w Poznaniu jest wszystkich widzów. Gringuś co jakiś czas chciała mnie swatać z panienką w pończoszkach a jak taki znawca urody jak Gringa wspomniałą, że laseczka ma zgrabną pupcię to wiecie już , że było na co popatrzeć. 
 
 
Francuz co 3 minuty przychodził z pytaniem - Kuban i jak dobrze jest i było dobrze, fajnie, zajebiście i wykurwiście. Po koncercie spacerkiem z Gringa poszedłem na dworzec i po ocenie zapachu w poczekalni przesiedzieliśmy paplając sobie czas do jej autobusu na schodach. Jeszcze tylko 2,5 godziny i już był mój pociąg, jechałem jak w przedsionku piekłą bo temperatura bliska byłą 100 stopniom chyba , ale zasnąłem i dotarłem koło 9 szczęśliwie do Poznania. Jeszcze raz dzięki Gringa Magdalena Graal za wspaniałe towarzystwo, dzięki Francuz za opiekę, oraz wszystkim kapelom za pełną zajebistośći muzyczną ucztę. Ave i jeszcze raz Ave. Oi!!!
 
 


środa, 11 grudnia 2013

EMIGRANT-Autor-Gerard Karwowski


 EMIGRANT


 Autor-Gerard Karwowski





I.

Zaczął się kolejny dzień,który to już mija rok? 
Odkąd przyjechałem tu,by o jutro przestać się bać. 
W domu mym dalekim tak,matka moja pisze list. 
O tym,bym nie wracał dziś,bo na życie nie mam szans. 

Ref.

Wyjechałem aby żyć-godny byt dla mojej rodziny. 
Wyjechałem aby żyć-by normalnym w końcu był mój świat. 
Wyjechałem aby żyć-tam gdzie wiem,że w nędzy nie zginę. 
Tu zdobędę wszystko to,czego nigdy nie dał mi mój kraj. 

II.

Często śni mi się mój dom,gdzie dzieciństwo całe przeżyłem. 
Kolorowy,beztroski świat,pełen szczęścia,życia,barw. 
Tak w mym kraju mijał czas,gdy dorosłem niestety stwierdziłem. 
Nie ma tu na przyszłość szans-bez perspektyw polski kraj. 




Ref.

Wyjechałem aby żyć-godny byt dla mojej rodziny. 
Wyjechałem aby żyć-by normalnym w końcu był mój świat. 
Wyjechałem aby żyć-tam gdzie wiem,że w nędzy nie zginę. 
Tu zdobędę wszystko to,czego nigdy nie dał mi mój kraj. 

III.

Ile jeszcze tutaj lat?Kiedy w końcu do domu powrócę? 
Czy nadejdzie taki czas,bym mógł w Polsce godnie żyć? 
W kraju mym-wciąż bieda,syf.Więc melodię sobie tą nucę. 
I jak co dzień wstaję znów,by do ciężkiej pracy iść. 

Ref.

Wyjechałem aby żyć-godny byt dla mojej rodziny. 
Wyjechałem aby żyć-by normalnym w końcu był mój świat. 
Wyjechałem aby żyć-tam gdzie wiem,że w nędzy nie zginę. 
Tu zdobędę wszystko to,czego nigdy nie dał mi mój kraj!





poniedziałek, 9 grudnia 2013

Koncert zespołów Grove chuj wie coś tam dalej,Gówno, Brudne Dzieci Sida.






 8 GRUDNIA 2013/ niedziela / KLUB DRAGON - SCENA GŁÓWNA
START GODZINA 19.00


 Koncert zespołów Grove chuj wie coś tam dalej,
 Gówno, Brudne Dzieci Sida.

 Zaczynamy od początku, chyba pierwszy raz od czasów komuny stałem na dworze przed klubem w kolejce po bilet. Po wejściu lekko zgłupiałem bo myślałem że pomyliłem kluby - no kurwa sami nieogoleni hipsterzy oraz dwóch chyba punków gejów. Jak bym wiedział też bym się nie golił, tam chyba nawet laski były zarośnięte.Jak zobaczyłem takiego wielkiego tłuściocha w okularkach i chujowym polarku który podszedł do mikrofonu to zmartwiałem już kiedyś z Crossem wpadliśmy na to chujstwo w Undergroundzie. Na gitarze napierdalał rasowy hipster obowiązkowo w rurkach, flanelce i kurwa zarośnięty jak rosyjski pop. Jegynym jasnym momentem w tej kapeli jest perkusistka świetnie miarowo podskakują jej cycki jak gra jest na co popatrzeć.











Muza to czysta kliniczna postać syfu, nieskażona żadnym fajnym dzwiękiem. Mała dygresja kiedyś byłem na koncercie gdzie grał zespół Zemsta Nietoperza i myślałem, że to jest najgorszy punkowy zespół w Polsce, kurwa przy tym badziewiu który grał jako pierwszy dzisiaj to Zemsta Nietoperza gra jak Ramones.Po nich na scenę wszedł zespół o swojsko brzmiącej nazwie - Gówno i nie było to gówno muzyczne, ostra muza konkretne teksty i sala cała się rozbawiła, zagrali bardzo poprawnie i z jajem. Na sam koniec wyszedł nasz Poznański kochany Patyczak, no kurde - Lubię laski z małymi cyckami, Beton punk, Jabol czy Nikt nie napisał do mnie na fejsie + zajebista konferansjerka Patyczaka + sceniczne przebieranki no miodzio. Trzeba było przyjść godzinę później to napisał bym, że to był zajebisty gig. No tylko to pierwsze coś, co Krzychu nazwał punkową kapelą mogło nie grać bo tak zwany niesmak pozostał. Tych którzy nie chcą cierpieć proszę o przepisanie sobie nazwy zespołu a bardziej hardcorowych o jej wytatuowanie by wiedzieć na co nigdy nie iść, no chyba , że chcecie popatrzeć sobie na fajnie podskakujące cycki pani perkusistki. No to by było na tyle. Oi!!!   /Jacek Kuban Kusza/


niedziela, 8 grudnia 2013

From Afar-alternatywna mieszanka rocka i metalu









Początki zespołu sięgają 2005 roku, kiedy to Marcin Chuchla i Sebastian Szpakowski założyli From Afar. Pierwsze demo zostało wydane dopiero w roku 2009 i właśnie ten rok można uznać za debiut sceniczny i początek działalności zespołu w pełnym składzie. Promocja materiału odbywała się przez wspólne koncerty z Frontside i Absynth, jak i również innymi, lokalnymi zespołami.






Większy przełom nastąpił w 2010 roku, kiedy do składu dołączył Wojtek Pyć, dodając bardziej zaawansowane linie melodyczne do charakterystycznego dla From Afar mocnego rytmu, elektronicznych urozmaiceń oraz progresywnych zagrywek. Zespół obrał kierunek na ciemniejszą, cięższą, alternatywną mieszankę rocka i metalu, niepozbawioną podbudowy lirycznej.


 


Lata 2010 i 2011 umocniły pozycję From Afar na lokalnej scenie, a także poza nią, zaowocowały także zarejestrowaniem nowego materiału.




W styczniu 2012, po powrocie do składu pierwszego basisty Piotrka Jaskółki From Afar rozpoczął promocję swojej EPki The Abyss Gazes Into You (klipy Faggot, Jacob’s Ladder), i ponownie twardo stanął na scenie muzycznej – zakwalifikował się do półfinału Browar Rock Festiwal (wybrano 15 z ponad 600 zespołów), a także do Rock Oil Festiwal (jako jedna z 6 kapel). W 2013 roku Michała Chruściela zastąpił Marcin Grzesik.

Wojtek Pyć - wokal
Marcin Chuchla - gitara
Tomek Przywara - gitara
Piotrek Jaskółka - bas
Marcin Grzesik - perkusja









wtorek, 3 grudnia 2013

Tomasz Socha-Harfa i Miecz-Pomoc





  
Tomasz Socha

 Harfa i Miecz 




Pomoc

  Teresa przeżywała rozdarcie. Dumna ze swego syna, tęskniła za nim, choć miała go w objęciach. Choć jeszcze nie wypłynął. Jej pulchny, roześmiany chłopczyk wyrósł na wysokiego bruneta o długich włosach i ładnie przystrzyżonym zaroście. Pogodzona z mijającym czasem, pozwoliła synowi wyruszyć na tę wyprawę, bo która matka zabroni dziecku realizować marzenia? Jednak tęskniła, tak jak po stracie męża. Nicolas czuł to samo. Ojca nie znał, bo napad piratów na Woodport miał miejsce akurat w dniu jego narodzin. Tata. Jego prywatny heros. Osobisty wybawca świata. Kilka dni po bitwie pochowano kilku obrońców. Ale każdy był ważną osobą. Miasteczko leżało na północo-zachodnim brzegu kontynentu, Tristglen, więc często zaglądali tu przybysze z innych części świata. Mieścina dobrze prosperowała dzięki handlowi. Ruch latem i wiosną wzrastał. Wylewne pożegnania trwały i trwały. Nikt nie chciał ich kresu, który niestety w końcu nastał. Belmontaine wypływała w rejs pod dowództwem kapitana Ranalda, człowieka pewnego siebie, wykształconego znawcy map. Załoga wchodziła na statek. Nicolas miał za sobą krótkie rejsy na okrętach handlowych i rybackich. Na rejsach pracował sumiennie. Wydawał się kapitanowi przydatnym. Tę podróż potraktował jak szansę. Obiecał sobie w modlitwie, iż da z siebie wszystko pełniąc swoje zadania. A matce - że powróci zdrowy. Teraz, stojąc na pokładzie, patrzył w wodę, która w słońcu lśniła jak kryształ, była nieskazitelnie czysta, dawała życie i mogła je w kilka sekund odebrać. Podróż potrwa kilka lat... w słońcu, w deszczu, burzy. A co, gdy spadnie śnieg, powstanie lód? Pewnie załoga ma na to sposób, jednak Nicolasa ogarnęły zmartwienia. Co, jeśli zaatakuje wróg, piraci? Co jeśli... nie! Nie może myśleć o morskich potworach. O krakenie, wężach wodnych... NIE! Choćby o groźnych rekinach... ale nie jest dobrym to, że ludzie, inni mieszkańcy powierzchni, wdzierają się na teren wodnych stworzeń.


rys.-Joanna Małoszczyk

 
 Do ich domów niemal. Ale przecież ludzie, orkowie, krasnoludowie, wszyscy atakują, zabijają... a lifowie walczą z nieporządkiem. Kolorowi ludzie, ludzie żywiołów, tak o nich mówią. Ludzie jednak nie umieją w jednej chwili przybrać postaci ogników. Żywiołów. Ale te magiczne istoty też rodzą się z matek. Podobno tylko raz na wiele lat jakiś powstaje bezpośrednio z żywiołu. Wykluwa z ziemi, schodzi jako promyk ze słońca, wychodzi z wody... w czasie wielkich wojen padały deszcze gwiazd, promieni słonecznych, będących jak meteory... lecz po zaprowadzeniu harmonii większość z tych odchodziła. Istoty o niesamowitych zdolnościach chyba nie mogą być Tu przez cały czas. Ponoć istnieją także inne światy, których trzeba pilnować. Ruszyli po południu, nadchodził wieczór. Zachodzące słońce... mijający czas. Lata miną zanim odwróci wzrok. Szybko. To uspokajało. Zaraz znów ujrzy mamę. A trochę później starość i... no, niestety. A statek, piękny, mocny, pójdzie na opał do kominków. Z kolacji wrócił równie szybko, jak poszedł . Oby tylko jeszcze popatrzeć na księżyc.. Teraz to on odbijał się w wodzie. W niej tańczyły srebrne ogniki. Nicolas wyobraził sobie lifów, patrzących na statek z dna oceanu. Załoga... kamraci, jak postanowił mówić młodzieniec, schodziła pod pokład. Szykowali się do snu. Wszedł do małej kajuty – zaprowadził go kapitan – niedużej, o równych ścianach, jednym bulaju, i czterech kojach. Przy jednej ścianie wisiały dwa, jeden pod drugim, przy drugiej tak samo. Nicolasowi przydzielono miejsce, z którego mógł patrzeć bezpośrednio na okno. 

rys.-Joanna Małoszczyk


 Zajął niższą koję, pewnie to i lepiej. Zasnął uśmiechnięty. Spał spokojnie.
Jednak podróż zawiodła Nicolasa. Załoga była skłócona. Żeglarze znający świetnie zasady i techniki wiązania węzłów, urządzili sobie konkurs na to, kto wiąże najlepsze. Wszystkim szło wyśmienicie, jednak każdy chciał koniecznie być lepszy od innego. Kłótnia wisiała w powietrzu. Wybuchła bójka. W kuchni również. Kucharzowi niczego nie brakowało. Wyśmiewano go jednak. Za niezgrabne ruchy, duży brzuch. Gdy zaczęło brakować powodów do obrażania go, poczęli szydzić z jego gotowania. Kłamali. Obłudnie krytykowali coś, co im smakowało. Ludzie integrowali się tylko przy posiłkach. Na niby. Drugiego dnia przygody, gdy żeglarze rozmawiali, kapitan pokusił się na małe przechwałki, aby. jakoś pokazać swoją wyższość. Opowiedział historię jednego ze swych rejsów. - Także ten... było ciemno! Deszczu lało tyle, co jest teraz pod nami wody. Pioruny grzmiały jak szlag. Tak, jakby wszyscy Bogowie wszechświata i wszech czasów strzelili na nas ogromnego focha. Jesteśmy na statku. Wielki galeon... - szukał nazwy - „Pogromca”! I nagle ni stąd, ni zowąd, zaatakowały! - Przez cały czas gestykulował szalenie, teraz jednak rąbnął obiema pięściami w stół. Drużyna wydała okrzyki radości. Każdy chlapnął solidny haust wina. - No dalej! Walki! – Krzyczeli radośnie. Niektórzy chwytali za noże. - Walka była i to jaka! – Opowieść chyba chwyciła. – Nagle, jak rekin z wody wyskoczył wielki, straszny Kraken. 
Ośmiornica była jak nasz statek! Chwytamy za broń. Nagle jak zatrzęsło statkiem, tośmy wszyscy padli z hukiem na dechy! Gigantyczny wąż morski patrzył na nas swoimi ślepiami, czarnymi, jak smoła – to ostatnie zawarczał przerażająco. Ciągle machał rękami, walił w stół. - Przyładowałem ośmiornicy z łuku prosto w jedno z dziesięć ślepi! – tu napiął niewidzialną cięciwę i wystrzelił strzałę gdzieś hen daleko. – To samo zrobiłem wężowi. Pokraka próbowała się do nas zbliżyć, wtedy ja hyc mu na ogon, wyciągam swój błyszczący w słońcu miecz i wbijam gadowi w ogon. – Na szczęście dla niego nikt nie przyłożył uwagi do tego, że przecież w opowieści była burza i noc. – Zawył wściekle, wtedy ja biegnę po tym ogonie aż docieram do łba i rozpłatałem mu czachę! Potem przeskoczyłem na krakena. Kilkumetrowy skok trochę mnie zmęczył, ale jednak siłę mam nie byle jaką! – wypiął dumnie pierś. Machał ręką tak, jakby miał w niej miecz. – Ciąłem jego odnóża tak łatwo, jak swój tort weselny – 
nikt nie wiedział, że kapitan jest kawalerem. O tym zdarzeniu napisano poemat! To nie byle co! Ziomkowie przysunęli się do niego. Tęgi, długowłosy blondyn, siedzący naprzeciw Ranalda, uniósł brew w oczekiwaniu na to cudowne dzieło o wielkim herosie. Ranald stracił pewność siebie. Zmyślona historia przestawała się układać. - Otóż… to było… tak … - Nagle zaswędziała go czupryna. Czuł, że przesadził. Serce zabiło mocniej. Z nerwów. - Opowiem wam o Ranaldzie, Pogromcy… demonów z… Nicolas obserwował życie na statku, próbował się włączać w jego rytm i czekał. Doczekał sztormu, który nagle się rozszalał. Na burtę "Belmontaine" spadła druzgocąca fala, z góry zaś padały strugi deszczu. Na pokładzie panował chaos, który załoga próbowała opanować, z trudem utrzymując się na wściekle roztańczonych deskach. Przerażony Nicolas włączył się do akcji wraz z innymi, stojących w rzędzie marynarzy, czerpiących wiadrami wodę z zalanego pokładu, zauważył kila dziwnych, niebieskich ogników, jakby rozlanych po wodzie. Wzrosły trzy wielkie fale. Ku zdumieniu załogi, padały one na fale atakujące fregatę, niszcząc je. Wprost je zjadały. Pioruny grzmiały coraz rzadziej, w końcu całkiem przestały.


rys.-Joanna Małoszczyk


 Magiczni obrońcy statku zainterweniowali jeszcze kilka razy. Wszystko ucichło. Zza chmur wyjrzało słońce, a z wody wynurzyły się trzy błękitne ogniki, które z wolna uniosły się w górę, i tuż nad pokładem przemieniły w kobietę i dwu mężczyzn o skórach w kolorze indygo. - Czemu wywołaliście gniew oceanu? Pytam! - Warknęła kobieta. - My!? – odważył się Ranald. – To był zwykły sztorm... - Nie! Rozpętały go wasze kłótnie kłamstwa i wrogość – odetchnęła głęboko. – Co miało być powiedziane, zostało powiedziane przed chwilą – kontynuowała. - Byliśmy na patrolu wód w pobliżu Ysanaaru, gdy natknęliśmy się nocą na wasz statek, więc postanowiliśmy was śledzić. Słuchaliśmy waszych kłótni wczoraj i dzisiaj. Zło prowadzi do śmierci. Tylko do śmierci. Byliście tak zajęci zwadami, że nie zauważyliście nawet nadchodzącego sztormu - na chwilę zawiesiła głos. - Przemyślcie sobie wasze zachowanie. Wróćcie na ląd. Wyruszycie, gdy będziecie naprawdę gotowi. W mgnieniu oka trójka znów przybrała kształt niebieskich ogników, które zniknęły w oceanie. Tylko w głowie Nicolasa mentalnym przekazem wybrzmiały słowa dziewczyny: "przyjdź nad brzeg Woodport, z samego rana, za tydzień"...
Bardzo wcześnie rano, o czasie, który podpowiedziała piękna nieznajoma, Nicolas wymknął się na plażę. Prawie od razu zobaczył wynurzający się z wody błękitny ognik, który po chwili stanął przed nim – stawszy się kobietą. - Obserwowaliśmy was, a ty byłeś najbardziej prawy wśród załogi – mówiła, a on stał urzeczony. – Więc chcę ci to dać – wyciągnęła do niego dłoń, w której trzymała skromny naszyjnik z pereł. – Noś go i nigdy nie zdejmuj – a gdy pochylił głowę, założyła mu klejnot na szyję. - Dziękuję. Będę go nosił z dumą - powiedział - Czy… czy mogłabyś mi zdradzić… swoje imię? – zapytał. ale ona była już błękitnym ognikiem. Odwrócił się zrezygnowany. Będąc przekonanym, że widział ją po raz ostatni... - Sinda – usłyszał w myślach jej głos.


rys.-Joanna Małoszczyk

tu znajdziecie więcej prac  Joanny Małoszczyk



http://prowincjonalia.blox.pl/html







-

sobota, 30 listopada 2013

Nasze wspomnienia z festiwalu Rock Na Bagnie vol.3-Darek Dusza /Redakcja/


 Nasze wspomnienia z festiwalu  Rock Na Bagnie

vol.3


Bagienny sen łosia

Darek Dusza /Redakcja/ 


Wyjechaliśmy podejrzanie planowo. Naprawdę. Ostatnim razem jadąc do Moniek zaliczyliśmy skromne 8 godzin spóźnienia. Cóż, rock`n`roll ... Droga, jak to droga. Hołowczyc prowadził, my rozmawialiśmy. Szło zadziwiająco dobrze. Co prawda Stuchlik z pełną premedytacją omijał wszystkie zajazdy, w których można było coś zjeść ... W końcu się zlitował i stanęliśmy w Mszczonowie. Oczywiście od razu wyłączyli w knajpie prąd. Mimo to udało się coś skonsumować, nawet smakowało. Potem były przydrożne Jagódki, cokolwiek to oznacza. Godzina w korkach w Markach szybko sprowadziła nas na Ziemię, bardziej na ziemię. W końcu ruszyliśmy. Stery przejął Łukasz, jechał jak zwykle bardzo rytmicznie i z przytupem. I już, po przejechaniu 600 km w 9 godzin dotarliśmy do Goniądza. Goniąc kormorany i marzenia o rock`n`rollowym życiu.





Grzybodajki, jagódki, łosie i inne bagienne potwory poszły precz. Wreszcie Goniądz! Wita nas Ela i Artur, nasi dobrodzieje! Gdy Ela obiecuje, że pościeli nam łóżka, już wiem, że Bagno będzie udane. Nienawidzę ścielenia łóżek. A jeszcze dodatkowo umawiamy się na śniadanie. Na dziesiątą, czyli rock`n`rollowy blady świt. Artur prowadzi nas na teren festiwalu. Bez problemu mijamy ochronę, wiadomo, Dusza ma twarz rozpoznawalną jak Michaił Dżeksonowicz, lub inny celemelebryta. Ku naszej radości docieramy przed oblicze samego Ojca Dyrektora. Zadowolone oblicze. Wygląda jak Budda podłączony do rurociągu Przyjaźń, pełnego grassu. No tak, on już wie, że jest sukces. Naród ruszyła na Bagno (łoł, może zmienię ten Naród na ludzi, bo ostatnio to słowo pojawia się bardzo często). Żaba ma sukces! Cieszymy się! Dostajemy identyfikatory i sto tysięcy dolarów. Bida, ale dla Żaby zawsze zagramy. No, to pora ruszyć po jakieś izotoniki marki Żubr!





Łatwo powiedzieć: ruszać po izotoniki. Ale jak to zrobić? Co pół metra przyjaciel(albo Punk albo nie), bądź przyjaciółka. Misiaczek, buziaczek, piąteczka, co słychać. Jak fajnie zobaczyć tylu znajomych! Nie wymienię ich wszystkich, bo były ich miliony. A nie chcę nikogo urazić pominięciem. He, he, prawdziwy dyplomata ze mnie! Nocne Polaków rozmowy mogłyby trwać cały rok. Zaczynasz z kimś rozmawiać, podchodzi następny znajomy, wątki gubią się i mieszają, w międzyczasie "doleweczka" dla biednych punków, papierosek, jedzonko. A obok muzyka. Staram się obejrzeć i posłuchać jak najwięcej. Jest dobrze, a nawet lepiej. Pachnie starym Jarocinem, przyjaznym klimatem i tymi dźwiękami. Teraz powinien być piar w stylu: pijemy izotoniki do szóstej rano w towarzystwie najpiękniejszych z najpiękniejszych dziewczyn. Niestety, jutro gramy. Obóz karny Redakcja rusza spać.





Noc. Mrok. Chrapanie. Charkot. Wszystkie koty czarne. A zresztą, co ja mogę napisać o tej nocy, gdy zasnąłem już dziesięć centymetrów nad łóżkiem. Bartek Stuchlik miał zupełnie inne wspomnienia. Mówił rano o milionach much, które nie dawały mu spać. Faktycznie, biebrzańska flora i fauna ma się dobrze. Co do much, to podzielam zdanie Marka Twaina ("Listy z ziemi"). Jednak sądzę, że Bartek miał na myśli naszą piosenkę "Miliony much" i całą noc ćwiczył na basie. Nieważne. Bladym świtem zadzwonił budzik. No pewnie, że w telefonie. Nie wożę nakręcanego. Bladym świtem, o dziesiątej wstaliśmy (oprócz Bartka, który się cały czas tośtał po pokoju). Przywitał nas zapch gorącej kawy, domowych powideł, smażonej jajecznicy ... Ach, nasza dobrodziejka Ela poszła na całość. Żadnych hipermarketowych śmieci, wszystko DIY i to z najwyższej półki. Przywitaliśmy się też z chłopakami z Plebanii. Potem jeszcze jedna kawa w plenerze. Zrobiło się sielsko, anielsko, wakacyjnie, świątecznie... Niestety, zadzwonił Wódz ( Jacek Żędzian ). cdn.





Wódz Jacek Żędzian w prostych, żołnierskich słowach zaprosił mnie na spotkanie z okazji premiery trzeciego tomu Grunt To Bunt. Nie za bardzo lubię robić za żywą skamielinę, ale cóż, taki los ocalałych z Parku Jurajskiego. Ruszyliśmy przez słoneczny Goniądz. Ba, nawet martwy Goniądz. Najpierw znaleźliśmy na środku drogi biednego, rozjechanego kota. Chwilę dalej martwego (na pierwszy rzut oka) punka. Ale na szczęście punk nie umarł, punk się najebał! Po naszych sugestiach kolo przeniósł się z jezdni na chodnik. Fakt, ruch w Goniądzu niewielki, ale skoro kota ... Wchodzimy na teren festu. Właśnie, zapomniałem wcześniej napisać, że to idealna lokalizacja na tego typu imprezy. Pole przy scenie, plaża nad Biebrzą, trochę cienia pod drzewami, bajeczne widoki. Bociany, żaby, kozy ... Dobra, zostawmy to pejzażowe rokokoko. Usiedliśmy za stołem, przypominało to trochę casting do Mam Talent. Dyrygowała Katarzyna Jaba Andrzejewska-Szuba, główną gwiazdą był Grzesiek, autor książki. Adam Martuzalski i ja robiliśmy za tapetę, ewentualnie tło. — z użytkownikiem Katarzyna Jaba Andrzejewska-Szuba.




Spotkanie trwa. Jarocin Festiwal przyznaje się, że w tomie pierwszym zamieścił najmniej ciekawe wywiady, zrobione na odczepnego. No tak, jestem w tomie pierwszym ... Dyskusja z tematu Jarocina skręca na temat kultury niezależnej i jej obecnej kondycji. Robi się gorąco! Szczególnie, że na sali pełno weteranów i fachowców: jest Pietia Wierzbicki, pojawia się Kelner ... Chyba najlepszym podsumowaniem całej dyskusji jest to, że na scenie instaluje się pierwszy zespół. Sukces frekwencyjny (i artystyczny) Bagna pokazuje, że z tą kulturą nie jest wcale tak źle. Po spotkaniu, siadamy pod parasolami, rozmawiamy, popijamy izotoniki. Wracamy na kwaterę. A tam leżaki w cieniu, łomżing, sjesta. W tle słychać kolejne kapele. Warto by pójść posłuchać, ale ... Ale pani Ela zaprasza nas na pyszną domową zupkę jarzynową. Nie sposób odmówić! Znów punk rock przegrał z drobnomieszczaństwem. Ale zupka była palce lizać! w doskonałym nastroju witamy Adam Antosiewicz Jr , który wreszcie do nas dojechał. Adaś jak zwykle w doskonałym humorze, dodatkowo nakręcony koncertem QOTSA. No to co robimy? Próbę!!!

Próba na sucho, bez nagłośnienia, ale jednak próba. Łukasz wali pałkami po krzesełku, my z Bartkiem katujemy struny. Mamy zacząć od "Dżumy" i będzie to nasze premierowe wykonanie. Żeby tylko wielkiego wstydu nie było. Co prawda niektórzy muzycy twierdzą, że lepiej parę minut się wstydzić, niż godzinami ćwiczyć. Co kto lubi. Tak na sucho to idzie nam podejrzanie dobrze. Dobrze się słyszymy, chórki stroją idealnie. Po próbie golenie, strzyżenie, makijaż, pedicure. Wizyta u psychoanalityka, wróżki, masaż tajski. Taka typowa rock`n`rollowa rozgrzewka. Pora jechać! Podjeżdżamy pod scenę. Wyraźnie widać, że impreza przeniosła się pod parasole. Czterdziestoletnia młodzież walczy z Żubrem. Na scenie na szczęście gra Shamboo, które powoli przyciąga publikę. G L O R I A! Kocham ten numer, w 86 r. graliśmy go z The Dudis. Chłopaki powoli kończą. Wyrok zapadł. Nie ma przebacz, nie ma jak uciec. Chociaż dawno temu koncerty wywoływały większy ścisk dupy. Tak dziwnie sucho w ustach się robiło, w dołku ściskało. Zawsze jednak jest ten element niepewności. Publiczność. Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha. Zawsze odrywasz płatki tego kwiatuszka. Podłączamy instrumenty, parę uderzeń w bębny. Coś tam do odsłuchu. I ...




To jest jak skok na bungee. Nie ma odwrotu i nie ma pewności, jak i czy wylądujesz. Bartek z Adamem zaczynają "Dżumę". Tak trochę starocerkiewnie. Nabicie i poszło. Dżuma zżarła, ale i zażarła. coraz więcej ludzi podchodzi pod scenę. To my im kardiochirurgicznie: serce winylowe. Na scenie trochę dziwny dźwięk z odsłuchów, chyba za mocno pobramkowali bębny. Ciągnie też coś dołem. Ale nie ma czasu na dyskusję z akustykami, show must go on. Zresztą, czy kogoś z ludzi za barierkami interesują twoje problemy z odsłuchem. Masz grać. Obojętnie, czy masz dobry humor, czy zły, czy masz anginę, albo skręciłeś nogę. Grać! Zaczynam "Pięć dni", chyba zaliczam kolanka. robi się coraz cieplej, również ze strony publiki.To pomaga, szczególnie, gdy większość repertuaru to utwory z nowej płyty. Takie jak kot, ale tym razem "Bełkot". Łukasz nabija "Spróbuj jeszcze raz". Trochę luzu, to prosty rock`n`rollek, trzy akordy, darcie mordy. Adaś nadziera razem z publiką. Przed nami gąszcz irokezów, dreadów i jeży. No to "Cwany jeż" na tapecie. Słońce utonęło w biebrzańskich bagnach, bociany poszły spać. My nie śpimy, my gramy "Saharę". Kiedyś wzbraniałem się przed graniem tych paru mamoniowych staroci Śmierci i Absurdu. Jednak taki ukłon w kierunku starej załogi warto zrobić. szczególnie, ze "Saharę" lubię. Coraz cieplej, pot gęstymi kroplami spada na gitarę. O, kątem oka dostrzegam wspomagający nas chórek.




Nawet, nie widzę, kto to. Zazdroszczę tym wszysktim zakotwiczonym gitarzystom, którzy w trakcie koncertu oglądają dziewczyny, pejzaże, lekko przysypiając nad wiosłem. Teraz ulubiony (po ostatniej nocy) utwór Bartka: "Miliony much". I przyszedł czas na balladę. Dziwne, nikt tego nie zna, a na każdym koncercie ludzie zaczynają śpiewać. Tak, tak, siła przekazu i "Wyprostowanego palca". "Szkic", "Rewanż" i "Dwie głowy" przelatują jak jastrząb nad Biebrzą. Teraz pora na tytułowy z ostatniej płyty. "Witaj w cyfrowym średniowieczu" - Adam z Bartkiem drą koparę. Witaj i żegnaj, bo zaczynamy ostatni numer. Mamoniowe "Nasze realia", aranż trochę inny niż Absurdu. Ale jaki piękny chór Aleksandrowa nam towarzyszy! Schodzimy. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie cieszy publika krzycząca "Redakcja!". Wódz wypycha nas na scenę, pytam, czy możemy dwa krótkie numery zagrać? Patrzy na zegarek, kiwa głową. No to "cała sala śpiewa z nami", jak twierdzi prekursor hard core`a Jerry Połomski. "Nienormalny świat", a potem "Żadna praca nie hańbi". Szkoda, że akustycy wyłączyli odsłuchy, ale kto by się nimi przejmował. "Pracę" kończymy eleganckim "dup". Schodzimy, dalej krzyczą o jakiejś gazecie. "Redakcja!" Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie krzywe dźwięki szczerze żałuję"




"Koncert, wielkie kłamstwo! Koncert, oszukaństwo!" Rany, kto to napisał? Hmm, niejaki Dusza. Tak, to refren "Nowej dyskoteki" Absurdu. Może rzeczywiście koncert to godzina ułudy, fantazji, magii. Godzina oderwania się od ziemi. Potrzebna godzina. Co po koncercie? Adrenalina buzuje, człowiek chodzi nakręcony jak budzik przed świtem. Piwo smakuje jak nigdy, dziewczyny pięknieją w oczach. Z żalem żegnamy się z Adasiem, który musi zaraz po koncercie jechać. szkoda. Ale my też długo nie poimprezujemy, wyjeżdżamy wcześnie rano. Pożegnalne rozmowy, uśmiechy, fotografie. Podchodzą do nas ludzie, gratulują koncertu. Ludziom dobrej roboty. Wszyscy chcą nas częstować izotonikami. Czyżbyśmy blado wyglądali? Przy okazji słuchamy świetnego występu Armii. Szukamy Wodza, żeby mu uścisnąć witkę i podziękować. Lecz gdzieś zniknął. Cóż, pora na ewakuację. Wracamy na kwaterę. Do wyrka i nyny. Rano, po kolejnym wyśmienitym śniadaniu wsiadamy do wozu bojowego i ruszamy. Goniądz wydaje się taki spokojny, sielski, pełen ziewających kotów. Nawet bociany bardziej ospałe. Był ten festiwal? A może go nie było? Może to tylko sen? Bagienny sen łosia.




Nasze wspomnienia z festiwalu Rock Na Bagnie vol.2





 Nasze wspomnienia

z festiwalu 

Rock Na Bagnie

vol.2
 Oto 2ga część wspomnień Bagiennych.Spóźnialskich proszę o podesłanie swoich wypowiedzi,dołączę je do tej strony,,,lub pojawią się w 3jce-bo mam nadzieje że takowa się pojawi.Jednak wszystko zależy od was...Pozdrawiam.diony



 

Jacek Śliwczyński (SHAMBOO)

Jadąc na R/n/B - wyczailiśmy na mapie Polski, że tam jest mnóstwo bagna - dookoła: bagno na bagnie......., a było lato..... wystraszyłem przyjaciół z zespołu (SHAMBOO), że komary - to nas tam zjedzą żywcem. W trzeciej aptece w Częstochowie - (bo przeciwkomarowe rzeczy były w innych aptekach wyprzedane) - razem z Maciem kupiliśmy 3 dezodoranty i 3 X pudełka plasterków (żeby się poobklejać jak będziemy występować).




 Poszło na to mnóstwo kasy - ale powiedziałem kolegom, że jak dojedziemy, to pewnie i tak na tym zrobimy! - będziemy sprzedawać na bagnach jeden "psik" za dychę! Pierwszą osobą jaką spotkałem - był Jacek Ż. pytamy: - a jak jest z komarami wieczorem? - na koncertach? -Noooo.... nie ma..... -EE ... nie gadaj -To ludzie wyłapali wczoraj wszystkie komary!!!!???? -Noooo - jasne! - bo to świetna publika!
No i zostaliśmy z tymi dezodorantami - jak te głupie chuje. Ale przydały się w Częstochowie.



 

Jacek Wesołowski/eNtivi/

 http://entivi.pl/


III edycja Rock na Bagnie odbyła się w Goniądzu. Miejsce wręcz wymarzone na tego typu festiwal. Malowniczo położone, scena przy plaży, życzliwi mieszkańcy, można tak wymieniać bez końca. Fajnie, że Żabie się udało i kolejne edycje będą w tym samym miejscu.
                Większość zespołów grających na Rock na Bagnie stanęła na wysokości zadania i ze sceny mało kiedy wiało nudą. Festiwal otworzył Tester Gier i to był strzał w dziesiątkę. Moc i energia, które płynęły ze sceny momentalnie przyciągnęły publikę. Bardzo fajnie zagrał Kuba Rozpruwacz z Hajnówki. Kapela trochę niedoceniana ale tym bardziej cieszy fakt, że zagrają również na IV edycji. W czasie festiwalu premierę miała ich debiutancka płyta „Druga Strona Lustra”. Zdecydowanie najlepszy koncert pierwszego dnia dał Bachor. Plac przed sceną wypełnił się maksymalnie, pogo niczym w Jarocinie`84, widać było, że wiele osób przyjechało na nich.




Całość została nagrana przez eNTiVi i zostanie wydana przez Bad Look. Kto nie był, będzie mógł to sobie obejrzeć. Późnym wieczorem pozytywną energią zaskoczył Deuter a Moskwa ilością nowych kawałków. Zdecydowana większość publiki wytrwała do końca pierwszego dnia.
                Drugi dzień otworzył Morszczuk z Ełku. Grają od pół roku i od razu dostali szansę na występ na takiej imprezie. Widać było zwłaszcza na początku, że są stremowani ale z czasem się rozkręcili. Pierwsze większe zgromadzenie publiki pod sceną miało miejsce w czasie występu Larw Polarnych. Grabarz jest niezniszczalny i swoją energią i zapałem mógłby obdzielić wielu muzyków. Podobnie jak Darek Dusza i jego Redakcja. Też jeden z najlepszych koncertów III edycji. Wspólne śpiewy z publicznością nie miały końca. Po Redakcji była jedyna dłuższa przerwa a po przerwie największe wydarzenie festiwalu, a więc koncert Armii.




 Można nie lubić tej kapeli z płyt, można się nie zgadzać z Tomkiem Budzyńskim w pewnych sprawach ale to co oni pokazują na scenie to czapki z głów. Zagrali dużo starych kawałków, mi zabrakło jedynie Na Ulice. Pod sceną ciasno, wśród publiki większość muzyków grających na festiwalu, bardzo fajnie to wyglądało. Festiwal zakończyła TZN Xenna. Widać było, że są w formie, ale gdy kończyli grać to już świtało i nie wszyscy wytrzymali do końca. A szkoda.
                Muzycznie i towarzysko festiwal zdecydowanie na plus. Było oczywiście kilka niedociągnięć ale znając Żabę już zostały wyeliminowane. Najważniejsza rzecz do poprawy na nagłośnienie. Zdecydowanie lepsze było na I i II edycji festiwalu. Wszystkie koncerty zostały zarejestrowane. Kilka kapel planuje wydanie tego materiału na dvd, kilka się jeszcze zastanawia.
                Rock na Bagnie IV zapowiada się jeszcze ciekawiej. Część kapel już została ogłoszona a na kilka jeszcze czekamy. Dojdą zespoły zagraniczne i to nie byle jakie. Pozostaje czekać na ich ogłoszenie.
                Żaba, kawał dobrej roboty J



ROCK NA BAGNIE 2013 

( wspomina Jacek z SKTC )


Kiedy kilka lat temu, przeglądając niezgłębione zasoby Internetu, natrafiłem na informacje na temat festiwalu ROCK NA BAGNIE pomyślałem sobie, ale fajna impreza, może jest jakiś szansa aby kapela SKTC też tam mogła się pojawić. Mijał czas, był rok 2011, zobaczyłem reklamę ,a potem plakat dotyczący ówczesnej edycji, koncerty miały trwać trzy dni ,na plakatach sporo naszych znajomych, mniej lub bardziej rozpoznawalnych na takiej czy innej scenie , z którymi to na owych scenach tu i ówdzie mieliśmy przyjemność grać ,a z kilkoma to nawet bardzo się przyjaźniliśmy i czynimy to dalej.





  Mimo, że w SKTC nie ma kogoś kogo by można było nazwać szumnie menagerem, a i my jako muzykanci jesteśmy totalne dupy organizacyjne, po chwil wahania sam postanowiłem napisać do Jacka (organizatora festiwalu) z pytaniem czy była by możliwość wzięcia udziału w owej imprezie; pomyślałem sobie, że może będzie nas kojarzył. Jacek powiedział że skład zespołów na edycję 2011 jest już zamknięty, a ja przyjąłem to ze zrozumieniem, jako że nie należę do indywiduów , którzy jak ktoś powie nie, to wchodzą oknem z pytaniem a może jednak? Jednocześnie Jacek powiedział, że widziałby nas na kolejnej edycji, w roku 2012.Ucieszyłem się, przyjąłem do wiadomości i cierpliwie czekałem. Nastał rok 2012 , festiwal był już wpisany do naszego kalendarza a tu nagle gruchnęła wiadomość, że edycja 2012 zostaje odwołana!





 Pomyślałem sobie ,szkoda, nie dość ,że super impreza to jeszcze w tak przepięknym miejscu naszego kraju , no i oczywiście od strony towarzysko-twórczej także nie lada okazja na spotkanie i pogadanie z kilkoma ciekawymi personami. Zastanawiałem się wtedy czy, po pierwsze następna edycja odbędzie kiedykolwiek, a po drugie czy jeżeli będzie czy my także znajdziemy się na liście kapel. Nastał rok 2013,rok obchodów naszego 25-lecia. Jacek poinformował mnie, że robi festiwal i że dalej ma SKTC w planie.Nasz gig został wyznaczony na dzień pierwszy, na godzinę 18 zatem wyjechaliśmy z domu w nocy aby dotrzeć na miejsce, do malowniczego Goniądza ,nad ranem. Chcieliśmy pooddychać powietrzem festiwalowym od samego początku. Przywitała nas piękna, pogoda, cudowne czyste powietrze no i… oczywiście Jacek.






 Jako, że postanowiliśmy wracać na drugi dzień, zostały nam przydzielone dwa domki kampingowe. Ciekawostką jest to, że od momentu zawitania w owych domkach zaczęliśmy przyciągać do siebie ludzi , już po południu wokół jednego z nich nagromadziło się sporo osób, które to razem z nami ,wdychały atmosferę imprezy ,sącząc napoje bogów lub mineralną (my należymy do tych pierwszych) Mieliśmy okazje poznać wiele ciekawych osób , które serdecznie pozdrawiamy!!! Co do samego festiwalu to był zorganizowany bardzo dobrze, zarówno na scenie ( dwie perkusje, szybka wymiana kapel, bez marudzenia akustyków, super obsługa techniczna …) jak i poza sceną ( żarcie zróżnicowane– każdy znalazł coś dla siebie, stoiska z płytami , koszulkami, pole namiotowe, prelekcje ….) wszystko bez wyjątku nam się bardzo podobało.





A i nie bez znaczenia była dobra, słoneczna pogoda, która w znacznym stopniu przyczyniała się do podbicia kolorytu festiwalu, bo cóż jest piękniejszego niż fajny festiwal na tle tak pięknych okoliczności przyrody, po prostu bajka!!! W zasadzie wszystkie kapele zagrały na poziomie, mi osobiście chyba najbardziej w pierwszy dzień podobał się koncert Moskwy. Graliśmy z nimi w Legnicy dwa lata wcześniej i wtedy nie do końca mi się podobało, nie chodzi o sprawy techniczne, one były na wysokim poziome, ale wtedy brakowało im jakiegoś powera, energii…. Wtedy pomyślałem, oj to już nie ten sam Guma co kiedyś. Ale te słowa odszczekałem na Bagnie, koncert Moskwy to była czysta energia, pomyślałem sobie, ocho stara Moskwa is back. Zresztą potwierdzali to niejednokrotnie potem grając wiele gigów ,między innymi na naszym lokalnym festiwalu Gangfest. Nasz koncert na festiwalu Rock Na Bagnie myślę, też nie był najgorszy, choć napój bogów wprowadził nieco inną perspektywę percepcji rzeczywistości Nasza muzyka chyba pod względem brzmienia była bardziej powiedzmy metalowa ( nie wiem czy to stal, aluminium czy cuś innego) na tle innych kapel.





Od lat gramy czad z przekazem, czasem to brzmi bardziej punkowo , czasem alternatywnie a czasem metalowo ,nie znosimy szufladek i tak będzie dalej, o ile nie pomrzemy gdzieś nagłą śmiercią , bo w tym wieku to już biorą. Co do drugiego dnia festiwalu to niestety koło południa musieliśmy wyjechać, mieliśmy około 500kilometrów do zrobienia. Chciałoby się zostać, ale cóż życie, obowiązki i takie tam inne przyziemne pierdoły. Na całe szczęście nasz nadworny fotoreporter Paweł ‘’Komuna’’ Mruczek został i godnie reprezentował SKTC, dokonując całej serie nieludzkich wygibasów aby jak najlepiej opisać aparatem wspaniały festiwal ROCK NA BAGNIE 2013. Myślę, że w 2014 pojawię się tam znów, tym razem jako fan a i mam nadzieję , że Jacek nie odpuści i póki mu sił starczy ( a starczyć musi ) będzie to robił i że zaprosi nas na nasze 30 lecie za pięć lat


Pozdrawiam Jacek ( ww.sktc.pl )


Fotki Pawła z festiwalu-

http://www.pawelm-foto.pl/,5936ddd8184fbce154c6ba59b4d803e2.html#main

 







środa, 27 listopada 2013

Nasze wspomnienia z festiwalu Rock Na Bagnie vol.1